13.03.2026, 19:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.03.2026, 19:54 przez Lorien Mulciber.)
18-09-1972 - pod wieczór, mecz Zjednoczonych z Puddlemere z Gargulcami z Gródka
![[Obrazek: obraz.png]](https://i.ibb.co/C3nHsW8R/obraz.png)
Powtarzała w myślach pani Mulciber, a jej własne odbicie w lustrze uniosło kpiąco brwi. Oszukiwać to my, nie nas - chciała sobie samej odpowiedzieć, ale powstrzymała się. Zamiast tego wsmarowała w skórę pod żuchwą odrobinę więcej swoich jaśminowych perfum. Odbicie przewróciło oczami, ale odwróciła już wzrok. Ostatnimi czasy coraz trudniej jej było spojrzeć w lustro. Coraz częściej to coś czaiło się w kąciku oka, pojawiało na peryferiach widzenia. Zignorowała narastający niepokój - not today satan. Not today.
Kot rozwalony na łóżku, miauczeniem zażądał jej uwagi, więc wzięła go na ręce. Wtuliła na moment policzek w miękkie futerko swojego pieszczocha.
- To nie jest randka, wiesz?- Mruknęła cicho. Wiedział. Miauknął, po czym dziabnął ją w czubek nosa, bo kto to widział niewolić kota, który wcale nie chciał być podnoszony i tak naprawdę to od teraz wcale nie lubił głaskania. Wypuściła sierściucha z objęć. Co za niewdzięczny bydlak. Le Chat prychnął na nią w odpowiedzi, z pewnością doskonale słysząc co jego Pani sobie myśli.
To nie jest randka.
Pomyślała dobitnie, przebierając w szafie i próbując znaleźć coś, co jednocześnie pozwoli jej zniknąć w tłumie “kibiców” - zwłaszcza tych sezonowych, którzy przyszli się tylko pokazać z dobrej strony; a mimo wszystko… sprawi, że pan Moody zawiesi wzrok na niej odrobinę dłużej. Ale przecież to nie randka! No weźże się kobieto w garść. Ofuknęła się w myślach. To było… nawet nie biznesowe, a po prostu koleżeńskie… nie, nie koleżeńskie, przecież nie chciała się z nim kolegować… chyba, żeby przyjąć, że z definicji kolegowanie zakłada pójście po szalenie zapewne nudnym meczu do jakiejś małej knajpki, gdzie wypiliby jednego albo dwa drinki, nie więcej naprawdę, a potem… No może w drodze koleżeńskiego wyjątku pozwoliłaby się zaprosić do jego mieszkania, gdzie mógłby jej wytłumaczyć te wszystkie nudne różnice między manewrami w Quidditchu i system punktowy, albo czym jest karny rzut kaflem. No może i nawet by chwilę słuchała, póki znudzona nie zapytałaby czy ma trochę wina. Po winie podejmowało się przecież najlepsze decyzje. No i wtedy może rzeczywiście mogliby się trochę zakolegować… Poznać odrobinę bliżej. Dużo bliżej. Wyciągnęła z szafy kolejną sukienkę - tą samą, którą miała ostatnio na spotkaniu z Hatim. Przypominała sobie, że wygląda w niej na wyjątkowo wyemancypowanego elfa. Nie. Nie ma mowy. Odrzuciła ją.
Zrezygnowana wyrzuciła następnie z szafy szatę z dalece niestosownym gorsetem i dekoltem. No nie. Zbyt seksownie. Koszulę? Nie! To nie posiedzenie w Wizengamocie. Obcisła spódnica? Też odpadała. Nie chciała, żeby patrzył się na nią cały czas. Jeszcze by przegapił jakiś super ważny rzut i by musiała oglądać na omnikularach powtórkę. Albo nie daj Bogom tłumaczyć co kto komu podał i gość z którym numerem wrzucił piłkę przez obręcz. Zupełnie jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Punkty to punkty, po co drążyć temat.
To nie jest randka.
Oświadczyła raz a dobrze do wszelkich swoich wyobrażeń, pojawiając się w umówionym miejscu i czasie - to znaczy przy punkcie sieci fiuu na podlondyńskim stadionie dokładnie na dwadzieścia minut przed rozpoczęciem meczu. Tak było… po prostu łatwiej. Spotkać się na miejscu bez obaw, że jakiś zbyt wścibski służący zainteresuje się z kim pani Mulciber opuszcza posiadłość. Nie chciała żeby to brzmiało jak jakaś tajna schadzka, bo przecież to było zwykłe spotkanie koleżeńskie.
Porzuciła swój przepisowy urzędniczy mundurek na rzecz prostej, dość długiej sukienki. Skoro to nie była randka, to nie musiała się stroić prawda? Ale zadbała, żeby założyć pelerynkę ze złotym haftem pełnym roślinnych motywów. Na pewno znalazło się wśród nich sitowie czy tam pałki wodne, które jak rozumiała były emblematem Zjednoczonych z Puddlemere. We włosy wpięła… bardzo starą pamiątkę - złoty znicz, którego pewnego razu wykradł dla niej krukoński szukający. Jak mu tam było? Wood? Wright? Było w tym coś seksownego, gdy tak podleciał po meczu do trybun i dał złotą piłeczkę właśnie jej. I chociaż gość spał na każdej historii magii to chyba nawet przez krótki czas pozwoliła mu się adorować. Chyba. Nieważne. Nie mogła znicza nosić w szkole, ale teraz? Idealna okazja, żeby pokazać się z najlepszej strony jako bardzo zaangażowany kibic. Unieruchomiony w jej gęstych lokach przytrzymywał misterną fryzurę. Na nos nasunęła duże, ciemne okulary, żeby choć przez moment udawać, że jest tu “incognito”.
Na stadionie panował… pewnie typowy dla tego typu miejsc harmider. Handlarze z budek z jedzeniem się przekrzykiwali, ktoś sprzedawał szaliki w jednym kolorze, ktoś inny szaliki w innym kolorze. Ludzie przepychali się do wejścia, machali biletami, szukali swoich znajomych pośród bezimiennej masy.
Ktoś się zatrzymał.
Przywitał.
No i diabli wzięli jej przykrywkę. Skinęła głową, wymieniając parę uprzejmości (“Pani Mulciber, pani prywatnie czy będzie nam sędziował Wizengamot?” “Och nie, gdzieżbym śmiała, panie Travers! Prywatnie.”).
Poszedł sobie. I dobrze.
Człowiek się ukrywał, a tu go zaraz wszyscy demaskowali.
Odetchnęła, po czym jeszcze raz spojrzała na swój srebrny kieszonkowy zegarek.
No dobrze, zaraz tu pan Moody przyjdzie (chyba, że się rozmyślił. Oczywiście, że mógł się rozmyślić. Ale czy wystawiłby ją jak nastolatkę na randce? To nie była randka. No ale wystawiłby???), zajmą miejsce w loży. Z tego co się zorientowała mieli całkiem dobre bilety, co oznaczało, że mieli nieco więcej… prywatności. Nie żeby była im potrzebna, w końcu to tylko KOLEŻEŃSKIE WYJŚCIE NA MECZ. Nie randka. Żadna randka. Tak, dokładnie to sobie postanowiła - przeżyje to wszystko, bo nie takie rzeczy się przeżywało, a potem będzie można iść się napić, bo ich drużyna (komu kibicowali? Już zapomniała.) wygrała. Albo zalać smutek jeśli przegra. Plan bez wad. Jeszcze będąc w domu wypisała czek - na kwotę wysoką. Odpowiednio wysoką, bo przecież chodziło o cele charytatywne. A nuż się okaże, że dla największego darczyńcy będą dożywotnie bilety albo inne benefity? Mogłaby taki ofiarować wówczas panu Moody’emu w ramach kolejnego prezentu.
Jej uwagę przykuło małe stoisko bukmacherskie. No może… W sumie nie zaszkodziło jeszcze obstawić jakiegoś wyniku, prawda? Nie znała się na tyle, żeby przewidywać dokładnie najbardziej opłacalne strategie, ale nawet stąd widziała swojego dalekiego kuzyna Prewetta, który leniwie liczył tokeny. Przygryzła delikatnie dolną wargę. Ostatecznie - zrezygnowała. Jeszcze sobie pan Moody pomyśli, że jest jakąś zapaloną hazardzistką!