– Ja… pytałam Dolohova o te wizje. Tak, wiecie, bardzo prywatnie, to mąż mojej kuzynki. Napisałam do niego list, ale nigdy nie otrzymałam odpowiedzi. Może nigdy nie odczytał mojej wiadomości, może zawalony listami od fanów ten przegapił… – nie mogło być przecież tak, że tak utalentowany, uhonorowany wręcz jasnowidz, bodaj ten, któremu ufała pod tym względem najbardziej (z natury nie mając wielkiej miłości do jasnowidzów, przez wzgląd na to, że chciała wierzyć, że los wcale nie jest zapisany w gwiazdach, że każdy jest swoim własnym sterem i okrętem), nic o tych wizjach nie wiedział. Fakt jednak, że ludzie, którzy w ogóle o tych przepowiedniach usłyszeli, myśleli raczej o Samhain, moooże o Mabon (choć dlaczego? Voldemort tylko raz zaatakował podczas sabatu, bardzo zresztą konkretnego, swoje „panowanie” ogłosił podczas bardzo losowej daty).
– Ja nie byłam wcale przeciwna, a przynajmniej nie z początku – odparła, patrząc kątem oka na Atreusa. – Dałam się przebadać z początku, ale później nikt już się ze mną nie kontaktował, więc zaczęłam szukać rozwiązań na własną rękę. Kapłani kowenu, spirytysta, jasnowidz, Egipt, biblioteka kowenu… – dopóki nie spotkała się z nekromantką w Egipcie nie miała nic przeciwko badaniom na sobie przez osoby trzecie, by się tego gówna pozbyć. Teraz miała na to zupełnie inny pogląd rzecz jasna. – Chodzi o czarne róże z ogrodu mojej rodziny. Może słyszeliście, że pojawiły się nagle i zajęły cały ogród. Moja ciotka twierdzi, że to już się kiedyś wydarzyło. Że już kiedyś się pojawiły w Maida Vale oraz na Polanie Ognisk – dlaczego akurat tam? Wszystko, co związane z czarnymi różami, to była jedna wielka zagadka, która łamała głowę Victorii, choć obecnie odsunęła sprawę ogrodu na dalszy plan. Spalona Noc wywróciła wszystko do góry nogami. – Rozmawiałam o tym z Harper, powiedziała mi, że ona się zgadza i że przydziela mi tę sprawę, no i… Czekam. A czas ucieka. A w Maida Vale dzieją się dziwne rzeczy. Ludzie doznają dziwnych wizji, niektóre rzeczy same się przestawiają, ktoś zakopał dziwne fiolki z eliksirem w ziemi… I nie wiadomo kto, bo ogrodnicy mają zakaz zajmowania się różami, a te rosną sobie w najlepsze – wylała to z siebie, tę frustrację, która toczyła jej żyły przez cały ten czas. – I elfy. Elfy się boją, a to ich dom i nie wiem już co mam zrobić z tym wszystkim. Jakakolwiek informacja byłaby dla mnie na wagę złota, Anthony – wiedziała, że pewnych rzeczy zrobić się po prostu nie da, tym bardziej że to nie drugie piętro było tu problemem, a to cholerne dziewiąte.
A potem wysłuchała słów wuja. Miał w sumie dużo racji: to, co się wydarzyło w Spaloną Noc mogło zostać wykonane właśnie dlatego, ze Voldemort zaczerpnął z Limbo – bo Victoria sądziła, że dokładnie to się tam wydarzyło. Wydarł tę energię dla siebie i rozdarł granicę pomiędzy światami, co skończyło się przebiciem dziwacznych drzew rosnących do góry nogami na Polanę Ognisk i wichurą, która miała swój początek w Limbo.
– Dolina to faktycznie początek wszelkich anomalii. Wichura, widma, słońce i księżyc jednocześnie na niebie… – tak, rozmawiała już z Anthonym o tym pomyśle i to było coś, co miało prawo bytu. Może i by im faktycznie pomogło. Ale Dolina Godryka… Victoria trochę uniakłą teraz tego miejsca, nawet jeśli nie do końca mogła i robiła dobrą minę do złej gry, nie przyznając się na głos, jak bardzo ja to wszystko bolało…
A potem rozsiadła się, przyglądając się „pojedynkowi”.