„Niedługo” to był bardzo nieprecyzyjny odcinek czasu. Mogło to być kilka minut, kilka dni, a dla niektórych nawet kilka miesięcy. Zwykle „niedługo” w słowniku Victorii znaczyło faktycznie krótki czas, tym razem jednak, przynajmniej w jej własnej definicji, bardzo się pomyliła. Sierpień upłynął jej straszliwie wręcz szybko i choć zajrzała do książki, którą pożyczyła z prywatnych zbiorów Vakela, przeczytała ją, to jakoś nie miała czasu jej od razu oddać (ale dbała o nią, a jakże). Doświadczenia z pogranicza śmierci – tak nazwał to Vakel, a Victoria nie mogła się nie zgodzić, bo i ona miała po tym wszystkim, co wydarzyło się w Beltane, takie myśli, że albo była bardzo bliska śmierci, albo w jej trakcie, nim coś się… odwróciło, a lektura dzieła wybranego przez Dolohova tylko ją w tym utwierdziła.
I tak nastąpił wrzesień, a później nieszczęsna Spalona Noc, po której Victoria w ogóle nie myślała o tym, by książkę oddać – zwyczajnie o niej zapomniała. Przypomniała sobie dopiero, gdy przeglądała swoje rzeczy podczas przeprowadzki. Zapakowane zostały szybciutko, czary-mary i po kłopocie (a na pewno szybciej, niż gdyby miała wszystko pakować ręcznie…), ale w nowym domu przykuwała nieco większą uwagę co do tego, gdzie co umieścić, i w ten właśnie sposób natrafiła na dzieło szczegółowo opisujące doświadczenia z pogranicza śmierci. Jej praca nie wyglądała już aż tak szaleńczo, mogła więc znaleźć choć odrobinę czasu, by udać się do Praw Czasu.
Był wczesny wieczór, było jeszcze jasno, choć za niedługo zacznie się ściemniać. Październik, jak to październik, był już chłodny, ale Victoria miała na sobie płaszcz tylko dlatego, że wiedziała, jak o tej porze roku ubierają się ludzie, a nie dlatego, że ten zapewniłby jej ciepło… Po tych miesiącach zdążyła się już przyzwyczaić, że nie ma takiej ilości ubrania, dzięki której będzie jej chociaż odrobinę przyjemniej, a dzisiaj… Dzisiaj po prostu nie chciała się rzucać w oczy bardziej, niż już miało to miejsce, gdy ludzie rozpoznawali ją na ulicach.
Może i nie była umówiona, ale to była jej rodzina, tak? Z Delyrą widywała się co jakiś czas, również tutaj, na Horyzontalnej, wpuszczono ją więc do środka, a gdy wspomniała, że właściwie, to przyszła do mistrza Dolohova, bo ma coś, co do niego należy… To nakazano jej poczekać. Więc czekała, spoglądając w spokoju na ściany. Było w niej… trochę więcej spokoju niż w lipcu, gdy jakaś jej część myślała, że nie zostało jej zbyt dużo życia, ale też trochę więcej smutku, bo jej życie towarzysko-uczuciowe nie wyglądało najlepiej.
– Dobry wieczór, Vasilij – przywitała się, gdy Vakel w końcu się zjawił. – Wybacz, że o takiej porze i bez zapowiedzi, ale chciałam ci oddać książkę – pewnie już to wiedział, pewnie też wiedział, dlaczego przyszła akurat dzisiaj po pracy, a nie na przykład miesiąc temu.