• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 10 Dalej »
[21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki

[21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#61
10.06.2026, 12:49  ✶  

Istniała szansa, że Prudence mignęła gdzieś informacja o tym, że dwudziestego pierwszego października otwiera się nowa restauracja przy Pokątnej, jednak raczej nie należała do osób, które planowały wizyty w podobnych miejscach. Nie należała do tych, którzy śledzili najpopularniejsze lokale w Londynie, sprawdzały te nowo powstałe, czy zastanawiały się nad powodami przez które inne zostały zamknięte. Nie stanowiła bowiem części śmietanki towarzyskiej, nigdy nie miała ku temu predyspozycji, raczej rzadko kiedy wyściubiała nos poza ministerstwo, czy swój dom.

Interesującym jednak zbiegiem okoliczności spacerowali wraz z mężem akurat niedaleko Zaklętej Łyżeczki. Miejsce zwróciło uwagę Prudence, bowiem wokół panował tłok, z ciekawości postanowiła więc podejść nieco bliżej. Zamieszanie wokół sprawiło, że chciała zobaczyć, co właściwie dzieje się w okolicy. Mignął jej szyld, na moment zatrzymała się w miejscu, ściskając przy tym dłoń Benjy'ego, zawiesiła się, przed oczami pojawił jej się artykuł z Proroka Codziennego, który informował o otwarciu tej restauracji. Mrugnęła, wróciła do rzeczywistości. Połączyła fakty całkiem szybko. - Czytałam o tym. - Nie sądziła może, że było to szczególnie istotne, ale postanowiła podzielić się tą informacją ze swoim mężem. Oznaczało to bowiem, że pewnie w środku znajdowało się sporo osób, które mogły czekać na to, aż to miejsce zostanie otworzone.

Jako, że znaleźli się przed restauracją, a ta zachęcała do tego, żeby ją odwiedzić, szyld, balony, to wszystko wyglądało całkiem interesująco, to postanowiła podjąć próbę negocjacji. Nie planowali raczej wejścia nigdzie na obiad, ale skoro okazja sama się nadarzyła. - Myślisz, że moglibyśmy zajrzeć do środka? - Tak właściwie to przecież nigdzie się nie spieszyli, a być może faktycznie dane im będzie doznać jakiejś rozkoszy podniebienia, wolała jednak zapytać o to, co myśli o tym jej mąż, nie żeby wydawało jej się, że postanowi jej odmówić, ale dobrze wyglądała chociaż pozorna możliwość wyboru, czyż nie?

- Z tego, co pamiętam pisali o tym, że będzie przygotowane specjalne menu degustacyjne. - Nie, żeby należała do smakoszy, ale w sumie Bertie Bott cieszył się naprawdę ogromną sławą. - Kojarzysz Berti'ego Botta, tego od Fasolek wszystkich smaków? - Na pewno kojarzył, nie było innej możliwości, chyba każdy znał te słodycze, w sumie przez moment zastanawiała się, czy podawane w restauracji posiłki również okażą się być takie nietypowe. - Jestem ciekawa, czy też będzie można trafić na coś nieoczywistego. - Podzieliła się z Benjy'm swoimi przemyśleniami. - Wiesz, skoro zdarzają się te bardzo wyszukane smaki fasolek, to być może postanowiono pójść o krok dalej, chociaż, czy w ogóle to by się przyjęło, czy wzbudzałoby zbyt wiele kontrowersji? - Być może wyobraźnia nieco ją poniosła, aczkolwiek robiła się coraz bardziej ciekawa tego, jak faktycznie wyglądało to w restauracji.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Czarodziej
wiek
25
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
projektant mody
Twarz o ostrych rysach, jasne włosy, jasne oczy, 190 cm wzrostu, sylwetka kogoś, kto wprawdzie nie jest wojownikiem, ale komu wyraźnie zależy na tym, aby dobrze się prezentować, więc czasem trochę ćwiczy. Zawsze dobrze ubrany - oczywiście wyłącznie w ubrania z Domu Mody

Christopher Rosier
#62
10.06.2026, 14:58  ✶  
- Wolę chyba nie sprawdzać - ocenił Chris. Przyznawał, że w pewnych sytuacjach mogłoby to być nawet zabawne, ale nawet jak miał jakieś tam poczucie humoru, to wciąż nie nauczył się chyba kpić z samego siebie. Chwilowy przypływ uczuć wobec kogoś mógłby znieść, o ile szybko przeminie, ale nie chciałby zrobić z siebie idioty. – Gdyby to nie był eliksir tak ciężki to uwarzenia to po tym, co mówisz, chyba zacząłbym się bać jeść cokolwiek, czego nie przygotuję sam albo mój skrzat – przyznał, uśmiechając się znowu lekko. Obsesyjne uczucie, na które nic nie możesz poradzić, niemożliwe do przezwyciężenia. Z pewnym niepokojem pomyślał, że gdyby Cressida była utalentowaną alchemiczką, użyłaby takiego eliksir. Może niekoniecznie na nim, ale na kimś pewno. Ile "dziwnych" par powstało w ich świecie, bo ktoś podsunął komuś amortencję? Ile ich jeszcze miało powstać?
Nagle z odrobiną podejrzliwości spojrzał na podstawioną przez nim zapiekankę pasterską. Ale podawał ją kelner. Kelner chyba nie chciałby, aby Rosier zapałał do niego obsesyjnym uczuciem. Chyba. Może. Prawdopodobnie.
– Takie eliksiry powinny być zakazane – oświadczył. – Przynajmniej te mocniejsze. Kilka minut może być zabawne, ale cały dzień?
Bo jak myślała Victorię, dawkę można było ponawiać. Pomijając już cały aspekt etyczny, czy to z czasem nie zacznie po prostu szkodzić człowiekowi?
– To ona? – zdziwił się Rosier, próbując przypomnieć sobie, jak wyglądała. Zaraz… to była chyba ta z roku wyżej…. – Jestem zdziwiony, że potrzebowała takiej pomocy, przynajmniej kilku chłopców wypatrywało sobie za nią oczy…
Ktoś tam kiedyś twierdził, że była potomkinią wili, podobno ich krew płynęła w linii Delecourów. Rosier nie miał pojęcia, czy tak faktycznie było, ale na pewno miała niesamowite oczy i była do tego wiotka, ładnie się uśmiechała i nie powinna narzekać na brak powodzenia. A może mylił ją z Elaine Delecour? Zapamiętywał głównie te dziewczyny, które czymś przyciągnęły jego uwagę, i tych mężczyzn, z którym się przyjaźnił albo którzy mieli szerokie wpływy. Ludzi wyróżniających się. Reszta zwykle w oczach Christophera zmieniała się w szarą, bezimienną masę.
Spróbował zapiekanki: trochę dziwne, bo pomyślał nagle i o matce, i o tym, że w sumie to trochę jej ostatnio unikał… nie to że uciekał ani że z nią nie pogadał, ale bardzo nie chciał, żeby się wtrącała. Może powinien bardziej docenić jej troskę?
– Zapiekanka też im wyszła, dobra ilość przypraw, a w przypadku tego dania trudno zmieszać składniki tak, by to dobrze wyszło. Przyszliśmy chyba w samą porę, bo mam wrażenie, że na zewnątrz za chwilę zacznie ustawiać się kolejka.
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#63
10.06.2026, 15:26  ✶  
Gdyby ktoś kilka lat wcześniej powiedział mi, że któregoś jesiennego popołudnia będę przechadzał się po magicznym Londynie z żoną, trzymając ją za rękę i rozważając wizytę w nowo otwartej restauracji, prawdopodobnie zapytałbym, czy przypadkiem nie pomylił mnie z jakimś innym Benjym. Nie uważałem się za osobę stworzoną do podobnych okoliczności, jednak życie powzięło sobie wyjątkowo paskudny zwyczaj udowadniania mi, że potrafiłem się mylić, natomiast spacerowanie z Prudence miało tę specyficzną właściwość, że nawet jeśli wychodziliśmy z domu bez żadnego konkretnego planu, kończyliśmy w miejscach, których sam nigdy bym nie wybrał. Przez większość życia przemieszczałem się z konkretnego powodu - z pracy do pracy, z miejsca zniwelowanej katastrofy do miejsca potencjalnego nowego dramatu, w którym ktoś uznał, że człowiek zajmujący się klątwami będzie przydatny - nawet kiedy próbowałem odpoczywać, zwykle kończyło się na tym, że znajdowałem sobie zajęcie, bo bezczynność wydawała mi się podejrzana, lecz wybierałem głównie tereny poza miastami. Gdybym był sam, prawdopodobnie przeszedłbym Pokątną najkrótszą możliwą drogą, załatwiłbym to, co miałem do załatwienia, po czym wróciłbym do domu, zanim ktoś zdążyłby mnie zatrzymać na pogawędkę. Tłumy działały mi na nerwy, ludzie działali mi na nerwy… poruszali się chaotycznie, zatrzymywali się bez ostrzeżenia, zmieniali kierunek marszu dokładnie wtedy, kiedy człowiek był przekonany, że uda mu się ich ominąć, dlatego, kiedy zauważyłem zbiorowisko czarodziejów przy jednym z lokali, odruchowo jeszcze bardziej zwolniłem - nie z ciekawości, tylko po to, żeby ocenić, czy dało się to całe zamieszanie obejść szerokim łukiem…
Imponująca liczba klientów przeciekających się w drzwiach, balony, ozdoby, szyld oraz wyraźnie wyczuwalna atmosfera zainteresowania ze strony przechodniów sprawiały, że nawet ja, człowiek zdolny przeoczyć własne urodziny, gdyby nikt mu o nich nie przypomniał, domyśliłem się, że działo się tu coś istotnego, jednak czy zamierzałem z tym cokolwiek robić… No, niekoniecznie. Nie byłem mężczyzną, który planował wizyty w modnych lokalach, robił rezerwacje z kilkutygodniowym wyprzedzeniem, śledził kulinarne nowinki albo przejmował się tym, kto właśnie został okrzyknięty „największym odkryciem londyńskiej sceny gastronomicznej”. Szczerze mówiąc, przez większą część dorosłego życia moje standardy żywieniowe sprowadzały się do prostego podziału - „nadawało się do zjedzenia” albo „niekoniecznie nadawało się do zjedzenia, ale i tak spróbowałem to zjeść”. Jasne, oczywiście, ze względu na wychowanie w środowisku o szeroko pojętym „wyszukanym smaku”, wiedziałem, że istniało coś pomiędzy jadalnością a niezjadliwością, i że niektórzy ludzie naprawdę potrafili prowadzić długie rozmowy o konsystencji sosu, aromacie przypraw i tym, czy deser miał odpowiednio zbalansowaną słodycz. Osobiście uważałem jednak, że brzmiało to trochę durnowato, ale przynajmniej nauczyłem się nie komentować tego na głos przy osobach, które traktowały podobne kwestie śmiertelnie poważnie - jedzenie było jedzeniem - z drugiej strony, jeśli ktoś potrafił ekscytować się nowym miejscem, to właściwie nie było w tym nic złego.
Zamierzałem zatem już minąć całe zamieszanie, gdy poczułem nagłe, stanowcze szarpnięcie - trzymająca moją rękę Pruey nieoczekiwanie znacznie mocniej zacisnęła palce na mojej dłoni, poniekąd zmuszając mnie tym samym do całkowitego, gwałtownego zatrzymania się pośrodku głośnego, rozgorączkowanego tłumu, który od dłuższego czasu skutecznie wystawiał moją i tak wątłą cierpliwość na ciężką próbę. Dotychczas szliśmy powolnym krokiem, lawirując pomiędzy czarodziejami w jesiennych, grubych szatach powiewających na chłodnawym wietrze, teraz zupełnie stanęliśmy. Niespodziewane zachowanie mojej żony zmusiło mnie do zatrzymania się w pół kroku, nieskładnego burknięcia czegoś pomiędzy „sorry” a „zważka” w kierunku czarodzieja, który prawie wpadł w moje plecy, i zerknięcia na nią z lekkim zaskoczeniem, podczas gdy jej wzrok - a potem, rzecz jasna, także moje własne spojrzenie - utknął już na mieniącym się, nowo zawieszonym szyldzie restauracji o nazwie „Zaklęta Łyżeczka”.
- Mhm. - Z początku skinąłem krótko głową, pozwalając sobie na kolejne ciche, gardłowe mruknięcie, które miało zastąpić jakąkolwiek dłuższą wypowiedź, jako że dyskusje o nowinkach towarzyskich nigdy nie leżały w mojej naturze. - Wygląda na to, sze pół Londynu tesz czytało ten sam altykuł. - Dodałem, nie kryjąc się z myślami, zanim jednak zdążyłem zaproponować, abyśmy ruszyli dalej, w stronę spokojniejszych zaułków magicznego Londynu, Prudence przeniosła na mnie spojrzenie, patrząc na mnie z tym swoim charakterystycznym wyrazem twarzy, a z jej ust padło to konkretne pytanie…
„Myślisz, że moglibyśmy zajrzeć do środka?” Hm. Znałem ten pozornie niezobowiązujący ton głosu, brzmiący dokładnie tak, jakby naprawdę rozważała wszystkie dostępne opcje, i jakby zupełnie nie wiedziała, że w dziewięciu przypadkach na dziesięć zgadzałem się na wszystko, co sprawiało jej przyjemność. Może nie przepadałem za podobnymi tłumami, ale widok Prudence zainteresowanej nawet czymś tak nieoczekiwanym jak scena gastronomiczna stolicy był… Przyjemny, tak, nawet jeśli podświadomie wiedziałem, że ta nagła iskra w jej spojrzeniu nie zwiastowała szybkiego i spokojnego powrotu do domu.
Przeniosłem spojrzenie na szyld, powoli kierując je w stronę wejścia do głównego pomieszczenia - nie żeby podobne rzeczy miały dla mnie szczególne znaczenie, ale ciekawość żony miała w sobie coś zaraźliwego, natomiast nazwisko Botta rzeczywiście kojarzył chyba każdy, nawet jeśli nie miał szczególnego zamiłowania do słodyczy.
-Kojaszę. - Stwierdziłem dosyć enigmatycznie, jak na mnie, nie chcąc wdawać się w jakiekolwiek szczegóły… No, poza dodanym ciszej wtrąceniem. - Niestety. - Samo wspomnienie smaku mojej pierwszej fasolki autorstwa tego człowieka wystarczyło, żebym odruchowo się skrzywił - istniały rzeczy, których człowiek nie zapominał, choćby nawet chciał - pierwsza miłość, wielkie życiowe porażki, fasolka o smaku zgniłego jajca… Sama nazwa „Zaklęta Łyżeczka” nie brzmiała co prawda szczególnie groźnie, ale doświadczenie nauczyło mnie, że najbardziej niewinne rzeczy w rękach niektórych ludzi potrafiły kryć w sobie największe niespodzianki.
Jeśli już zaś o zaskoczenia chodziło… Byłem domyślnym mężczyzną - prawda? Wróciłem wzrokiem do Pruey, ponownie zerknąłem na jej twarz, a widząc ten rzadki błysk w oku, którego zazwyczaj nie pozwalała sobie pokazywać publicznie, lecz teraz zagościł tam na co najmniej kilkanaście sekund, zrozumiałem od razu, że i tak nie wygram tej walki, gdyż pytanie o moje zdanie było tylko uprzejmym gestem z jej strony, żebym nie poczuł się całkowicie zignorowany w decydowaniu o naszym wolnym popołudniu.
- Chodź. - Skinąłem głową w stronę restauracji. Przez większość czasu oboje funkcjonowaliśmy pomiędzy obowiązkami, katastrofami i niekończącymi się sytuacjami, po których jedno z nas miało pełne prawo stwierdzić, że drugie zdecydowanie przesadzało z ilością podejmowanego wysiłku, zatrzymanie się przed nową, popularną restauracją i zastanawianie się nad wejściem do środka wydawało się więc niemal absurdalnie normalne i warte nie tylko odnotowania, lecz także wdrożenia. - Nie dowiemy się, jeśli nie splawsimy. - Odpowiedziałem na pytanie. Sam termin „menu degustacyjne” zawsze budził we mnie najgorsze skojarzenia z mikroskopijnymi porcjami na wielkich talerzach, za które na koniec trzeba było zapłacić małą fortunę, podczas gdy człowiek wychodził stamtąd bardziej głodny i wściekły, niż był przed wejściem, lecz ostatecznie lubiłem doświadczać nowych rzeczy, Prue najwyraźniej również pragnęła to robić, mieliśmy na to czas, nie planowaliśmy niczego więcej, więc mogliśmy być zadziwiająco spontaniczni w kwestii wyboru miejsca na randkę - co nam szkodziło - w najgorszym przypadku miałem mieć przynajmniej nową historię do opowiadania o tym, dlaczego nie ufam ludziom, którzy wymyślają fasolki o smaku zgniłego jajca. W najlepszym - naprawdę dobry obiad w najlepszym możliwym towarzystwie.
- Jeśli okasze się, sze tszeba czekaś tszy godziny, sama wiesz, co lobimy… - Zastrzegłem jeszcze na sam koniec, sceptycznie spoglądając na mrowie otaczających nas ludzi, po czym wchodząc za Prue do środka, uprzednio przepuściwszy ją w drzwiach.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#64
10.06.2026, 16:47  ✶  

Prudence zazwyczaj miała przygotowany plan dosłownie na wszystko, nawet na spacery, w końcu kochała te swoje listy z których po kolei odhaczała wszystkie zrealizowane punkty, jednak odkąd w jej życiu pojawił się Benjy nieco się to zmieniło. Pozwalała sobie na odrobinę spontaniczności, odnalazła w sobie jakiś dziwny zew, który wcześniej był bardzo głęboko zakopany. Dla jednych odwiedzenie nowej restauracji nie było niczym nienaturalnym, dla niej jednak było to całkiem wyjątkowe. Zresztą ostatnio wiele rzeczy robiła pierwszy raz, właśnie przez to, że wyszła za mąż.

To nie tak, że należała do grona krytyków kulinarnych, oczywiście przywiązywała wagę do swojej diety, jako lekarz zwracała uwagę na to, czym żywi się jej ciało, wiedziała bowiem, że bardzo sporo od tego zależy, jednak nie miała szczególnie wyszukanych kubków smakowych. Zdarzało jej się zapominać jeść, kiedy wpadała w wir pracy, jedzenie nie było jakąś istotną częścią jej życia. Wiedziała, że niektórzy właściwie żyli po to żeby jeść i w sumie nigdy nie negowała takiego podejścia, każdy miał różne pasje. Miała świadomość, że jej mąż… cóż bywał w różnych miejscach, jadał różne rzeczy, na pewno nie należał do osób, które chciałyby dołączyć do degustacji menu wspaniałego kucharza dla jakichś tam doznań, jednak skoro już znaleźli się w tym miejscu, to stwierdziła, że warto będzie spróbować go namówić do tego, aby wejść do środka.

Kiedy dostrzegła szyld, zaliczyła typowy dla siebie moment zawieszenia, już wtedy połączyła kropki, zrozumiała przed czyją własnością się znajdowała. Benjy był jak zawsze wspaniałomyślny, ochronił ją przed przypadkowymi łokciami, które mogły wbić się w jej żebra. Bardzo szybko reagował na jej niesubordynację, nie musiała niczego wyjaśniać, po prostu wiedział, co i kiedy się działo. Naprawdę wspaniałe było mieć u swojego boku kogoś takiego, kto nie pytał, po prostu działał, miał świadomość tego, co się działo.

- Najwyraźniej tak, tylko oni wszyscy chyba planowali się tutaj pojawić. - Czy powinna się dziwić? W końcu chodziło o Bertiego Botta, wszyscy go kojarzyli, był naprawdę znany na kulinarnej scenie Wielkiej Brytanii, nie zaskakiwało więc wcale to, że taki tłum pojawił się tutaj podczas otwarcia jego restauracji. Być może ona sama tego nie planowała, ale skoro nadarzyła się ku temu okazja, to dlaczego właściwie miałaby nie spróbować przekonać swojego ukochanego do tego, że dobrym pomysłem było zajrzenie do środka.

Oczywiście, że zrobiła to w sposób, który niczego nie narzucał, rzuciła propozycję, którą można było odrzucić, tyle, że jej oczy wyrażały więcej, niż tysiąc słów. Doskonale wiedziała, w które struny uderzyć, by Benjy nie potrafił jej odmówić, robiła to celowo, jakżeby inaczej, wykorzystywała swoje przewagi, gdy nadarzała się ku temu okazja. On zresztą też potrafił być bardzo przekonujący, kiedy mu na czymś zależało.

- Jak mniemam trafiłeś na jedną z tych fasolek, które miały zaskoczyć? - Uśmiechnęła się do niego ciepło, wiedziała, że opcji było wiele, jednak w tej chwili raczej wolała nie dopytywać na który smak trafił. Zwłaszcza, że chyba dochodzili do wniosku, że wejdą do środka, a więc mieli za chwilę coś zjeść. Być może później pozwoli sobie poruszyć ten temat, kiedy będą już po posiłku.

Nie musiała nawet szukać kolejnych argumentów, Benjy złapał jej aluzję, ruszył w kierunku restauracji przez co jeszcze szerszy uśmiech pojawił się na jej twarzy. Nie była bowiem jeszcze do końca przyzwyczajona do tego, że tak po prostu akceptował każdy jej pomysł. Trafienie na odpowiednią osobę bardzo mocno zmieniało perspektywę, miała ogromne szczęście, że udało im się wreszcie się odnaleźć i zdecydować na wspólne życie. Bardzo wiele traciła przez te wszystkie lata, kiedy ich drogi się rozeszły.

- To prawda, to może być całkiem ciekawy eksperyment. - Jak wiadomo Prudence kochała eksperymenty, więc było to kolejnym argumentem, zupełnie niepotrzebnym, który powodował, że bardzo chciała znaleźć się w środku. Nie do końca wiedziała z czym wiąże się menu degustacyjne, jednak wydawało jej się, że raczej powinno to być coś co przypasuje każdemu, bo przecież nawet komuś takiemu jak Bott na pewno zależało, aby po tym dniu do jego restauracji przychodziło jak najwięcej klientów.

Nie mieli innych planów, więc mogli wejść do środka. Będzie to nowe doświadczenie, które dopisze do swojej listy rzeczy, które udało jej się zrealizować. Znaleźli się w końcu przed drzwiami wejściowymi, a później weszli do restauracji.

- Tak, to jest jasne jak słońce, trzy godziny to przesada. - Powiedziała jeszcze cicho, tak, aby nikt z obsługi ich nie usłyszał, bo znajdowali się już w środku.

Uśmiechnęła się do kelnerki, która zaprowadziła ich do jednego ze stolików dwuosobowych. Kiedy zmierzali w jego kierunku Prudence z ciekawością rozglądała się po wnętrzu lokalu - widać było, że włożono sporo pracy w to, aby to miejsce było naprawdę klimatyczne. W końcu znaleźli się przy stoliku, który wybrała dla nich kobieta. Wiedziała, które krzesło wybierze Benjy, więc siadła tyłem do drzwi i ludzi - on zawsze obserwował otoczenie, więc nie zamierzała zmieniać jego przyzwyczajeń.

Nim usiadła przyjęła jeszcze ten drobny podarunek od dziewczyny, była ciekawa, co znajduje się w środku.


!Słodycze Bertiego


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#65
10.06.2026, 16:47  ✶  

Słone karmelki


Wybrana przez Ciebie torebka, po otworzeniu okazała się zawierać paczuszkę słonych karmelków. Zapakowane w folijkę i obwiązane kokardką, po ugryzieniu ciągnął się i sklejają nieco buzię. Każda z nich ma na spodzie odciśnięty symbol łyżeczki i nazwę lokalu. Do paczuszki została także załączona karteczka informująca o właściwościach otrzymanych słodkości.

Słone karmelki (Zjedzenie karmelka natychmiastowo napełnia wiarą we własne możliwości i sprawia, że czarodziej może zignorować posiadaną zawadę Drobny lęk I. Działa przez fabularną godzinę. Efekt jednorazowy, termin ważności do końca roku 1972.)
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#66
10.06.2026, 18:01  ✶  
Nie miałem jej tego za złe - sam doskonale wiedziałem, że przecież nie należałem do ludzi szczególnie łatwych we współżyciu, a jeśli Prudence odkryła, że odpowiednio dobrana mimika często działała na mnie skuteczniej niż najbardziej logiczne argumenty, cóż, trudno było mieć pretensje do kogoś, kto umiał korzystać ze swoich atutów. Przywykłem już do tego jej spojrzenia, które teoretycznie niczego nie wymuszało, w praktyce stanowiło jedną z najskuteczniejszych form perswazji, z jakimi przyszło mi się zetknąć - moja żona potrafiła sprawiać wrażenie, że decyzja należała wyłącznie do mnie, podczas gdy oboje doskonale wiedzieliśmy, że szanse na odmowę malały drastycznie w chwili, w której patrzyła na mnie w ten konkretny sposób.
Dekoracje… Szyld… Klienci ustawiający się w kolejce… Drzwi wejściowo-wyjściowe, które praktycznie nie mogły się zamknąć - westchnąłem cicho w myślach, złapawszy się na tym, iż nie odmówiłem automatycznie tego „przywileju”, jakim miało być skosztowanie „degustacyjnego menu” - cokolwiek kryło się pod tą nazwą - w nowym, modnym, londyńskim lokalu. Nie zrobiłem tego od razu i zdecydowanie nie zamierzałem zmieniać stanowiska, nawet jeśli przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w wejście prowadzące do wnętrza restauracji, wbrew pozorom, nie zbierałem sił na przeciwstawienie się pięknym oczom mojej najdroższej, tylko po prostu oceniałem sytuację - ilość ludzi, możliwe drogi wymknięcia się z lokalu, ryzyko utknięcia w tłumie… Po latach pracy w różnym środowisku trudno było pozbyć się podobnych odruchów, przywykłem do tego rodzaju analiz, były silniejsze ode mnie, lecz również przydatne, zwłaszcza w tak niespokojnych czasach, choć wyglądało na to, iż właściciel „Zaklętej Łyżeczki” miał tu wszystko przemyślane. Nic dziwnego, nie była to byle jaka okazja ani byle jaki człowiek.
Parsknąłem cicho na pytanie o fasolki, przesuwając dłonią po karku, wzdłuż którego przebiegł mi dreszcz.
- Mosna to tak ująś. - Odpowiedziałem dyplomatycznie. Owszem, próbowałem dziwnych rzeczy podczas wypraw związanych z pracą, ale zazwyczaj wynikało to z konieczności, nie z ciekawości. Były robale, płazy, gady i podejrzane owoce, były też fasolki… Tak - człowiek dostaje coś od kolegi i zakłada, że skoro wygląda jak słodycz, to powinno smakować przynajmniej znośnie, na pewno nie gorzej od lukrecji, czasami jednak okazuje się, że to bardzo optymistyczne założenie. Nie zamierzałem przyznawać, że mimo wszystko zdarzało mi się później sięgać po kolejne fasolki oraz podobne dziwactwa, częściowo z ciekawości, częściowo dlatego, że w takich sprawach nie grzeszyłem rozsądkiem - nawet po paru obrzydliwych degustacjach nie mogłem powiedzieć, żeby całkowicie mi to przeszło - tym bardziej, kiedy ktoś mówił mi, że „na pewno nie dam rady”.
- Właśnie tak… - Kiwnąłem głową, dokładnie wiedząc, co kryło się pod tym, jak w naszej relacji definiowaliśmy najróżniejsze „eksperymenty” - gdy coś brzmiało odpowiednio naukowo, zdecydowanie dawało się łatwiej przełknąć, począwszy od tych najzabawniejszych doświadczeń, poprzez te nieoczekiwane, zakończywszy na takich, których lepiej byłoby nie powtarzać. Patrząc na ilość osób przewijających się przez nową knajpę, miałem wrażenie, że w tym wypadku chodziło o jedno z dwóch pierwszych, ale musieliśmy to sprawdzić, nie teoretyzować.
- Ludzie zalęszają się szybciej niesz niektószy czekają na stolik w populalnych lestaulasjach. - Zauważyłem równie cicho, wymownie na nią zerkając. -Tak tylko mówię. - Zmarszczyłem lekko brwi, kiedy przekroczyliśmy próg, pozwalając oczom przyzwyczaić się do półmroku rozjaśnionego ciepłym światłem unoszących się pod sufitem lamp. Zaczerpnąłem oddech, automatycznie wychwytując rozmieszczenie stolików, szerokość przejść między nimi i liczbę wyjść, by uzupełnić pozyskaną wcześniej wiedzę - zgadza się - pewne nawyki po prostu zostawały z człowiekiem na zawsze, wnikały pod skórę tak głęboko, że przestawało się zauważać ich obecność. Mimo marudzenia nie puściłem ręki towarzyszki, pozwalając kelnerce zaprowadzić nas głębiej do środka - byłem ciekaw tego, co tam zastaniemy, chociaż pewnie nie przyznałbym tego głośno - w końcu nie codziennie trafiało się do miejsca prowadzonego przez człowieka, który zbudował fortunę na przekonywaniu ludzi, żeby dobrowolnie jedli rzeczy smakujące jak woskowina z uszu czy rzygi. Poza tym we właściwym towarzystwie, podczas dnia takiego jak ten oraz mając świadomość, iż propozycja zrobienia czegoś zupełnie na spontanie nie wyszła ode mnie, lecz od mojej żony, nawet perspektywa spożycia zupy o smaku dżdżownicy wydawała się całkiem znośna.
Wbrew własnym przewidywaniom nie czułem się tutaj źle, było gwarno, ale nie nieznośnie, pachniało świeżym jedzeniem, przyprawami i czymś słodkim, czego nie potrafiłem od razu zidentyfikować, lecz całkiem przyjemnie komponowało się z innymi zapachami i z ogólnym klimatem sali. Nie przepadałem za tłumem zamkniętym w jednym pomieszczeniu, ale musiałem przyznać, że właściciel zadbał o szczegóły - nie wyglądało to tandetnie ani przesadnie wystawnie - było przytulnie, z pomysłem i z tą odrobiną ekscentryczności, której można było spodziewać się po kimś odpowiedzialnym za kilka interesujących kulinarnych wynalazków.
Przesunąłem dłonią po karku, odchrząknąłem cicho i odsunąłem dla niej krzesło przy wybranym dla nas stoliku, zanim sam zająłem miejsce naprzeciwko - idealnie z widokiem na wnętrze sali - nie sądziłem, żeby kiedykolwiek przestało mnie zaskakiwać, jak naturalnie Pruey zaczęła uwzględniać moje przyzwyczajenia. Nie komentowała ich, nie próbowała ich zmieniać, po prostu dostosowywała się do nich w sposób, który nie sprawiał, że czułem się z tym źle.
- Dziękuję. - Powiedziałem po prostu, prawie bezgłośnie, nie precyzując, za co dokładnie - podejrzewałem jednak, że zrozumie. Zaczekawszy na możliwość odebrania od żony okrycia wierzchniego, zdjąłem płaszcz i zawiesiłem go na oparciu własnego krzesła, pozwalając sobie wreszcie rozejrzeć się po wnętrzu bez napięcia wynikającego z przemieszczania się przez tłum.
- Jeśli w ślodku są fasolki, oddaję ci wszystkie żółte. - Oznajmiłem stanowczo, gdy przeniosłem uwagę na niewielki pakunek, który kelnerka wręczyła Prudence, następnie samemu odbierając ten przeznaczony dla mnie i dziękując kobiecie niewerbalnie, krótkim skinieniem głową - a to miła niespodzianka… Bertie Bott wydawał się człowiekiem, który potrafił zadbać o pozytywny rozgłos, na pewno wymyślił coś nowego z tej okazji, jednak wciąż wolałem nie ryzykować z tymi konkretnymi słodyczami.

!Słodycze Bertiego


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#67
10.06.2026, 18:01  ✶  

Cukrowe pajączki


Wybrana przez Ciebie torebka, po otworzeniu okazała się zawierać paczuszkę cukrowych pajączków. Zapakowane w folijkę i obwiązane kokardką, po wyciągnięciu z opakowania zaczynając snuć cukrową pajęczynę. Każdy z nich ma na odwłoku odciśnięty symbol łyżeczki i nazwę lokalu. Do paczuszki została także załączona karteczka informująca o właściwościach otrzymanych słodkości.

Cukrowe pajączki (Zjedzenie pajączka natychmiastowo uaktywnia pajęcze zmysły i sprawia, że czarodziej przylepia się do powierzchni płaskich, mogąc swobodnie chodzić po ścianach czy suficie. Działa przez fabularną godzinę. Efekt jednorazowy, termin ważności do końca roku 1972.)
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#68
10.06.2026, 20:22  ✶  

Prue miała świadomość, że jeśli Benjy faktycznie nie chciałby wejść do środka, to by tego nie zrobił. Nie podejmował decyzji wbrew sobie, skoro zadziałało jej spojrzenie, to wcale nie zależało mu na tym, żeby jej odmówić. Potrafił być asertywny; jeśli bardzo nie chciałby czegoś zrobić to i jej specyficzne spojrzenie niczego by nie zdziałało. Co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości. Zresztą przecież nie była to sprawa życia i śmierci, a po prostu wizyta w zupełnie nowej restauracji.

Nie wiedziała nawet kiedy znaleźli się przed drzwiami, później przekroczyli próg tego przybytku, nie było już odwrotu. Fantastycznie - naprawdę cieszyło ją to, że zdobędzie jakieś nowe doświadczenie. Nie miała wątpliwości co do tego, że jej mąż zapewne zaliczył wiele podobnych wydarzeń, w końcu był bananowym dzieckiem w przeciwieństwie do niej. Całkiem zabawne było to, jak teraz daleko mu było to tego chłopaka, którego pamiętała ze szkolnych lat, już wtedy miała do niego ogromny sentyment i pewnie nigdy nie miało się to zmienić.

- Niektóre z nich są naprawdę wyjątkowe. - Trudno było z tonu jej głosu wyłapać, czy chodziło jej o te smaki, które faktycznie były wyśmienite, czy właśnie te, które zaskakiwały w zupełnie inny sposób. Tak, czy siak Bertie Bott stworzył coś wyjątkowego, kto nie zjadł kiedyś kilograma fasolek poszukując najbardziej dziwnej z nich niech pierwszy rzuci kamieniem.

Uśmiechnęła się, kiedy się odezwał. Mieli zgodność co do tego, aby uznać to za eksperyment, właściwie bardzo łatwo przychodziło im używanie tej nomenklatury, a że można było pod to podciągnąć praktycznie wszystko, to ich życie można właściwie uznać za jeden, wielki eksperyment, co jako naukowycznię bardzo cieszyło Prudence. Mogła sobie wszystko, bardzo dokładnie analizować, stawać kolejne tezy i je udowadniać.

- Ludzie biorą ślub szybciej, niż niektórzy czekają na stolik w popularnej restauracji. - Przygryzła dolną wargę i na niego spojrzała. Cóż, różni ludzie mieli różne podejścia, jedni mogli czekać miesiąc na to, aby skosztować wybitnego jedzenia, inni potrzebowali natychmiast zalegalizować swój związek, kiedy uświadomili sobie, jak bardzo się kochają. Całkiem prosta sprawa, czyż nie? Oni akurat należeli do tej drugiej grupy ludzi.

Prudence nie zwracała uwagi na szczegóły, które interesowały jej męża. Nigdy nie musiała przejmować się tym, jak wygląda rozkład pomieszczenia, gdzie znajdują się drzwi, czy okna, nie należała do osób, które w jakikolwiek sposób ryzykowały swoim życiem. Ich doświadczenie pod tym względem było bardzo różne. Jako siostra bliźniaczka szklarza, a zarazem wnuczka jednego z nich zwróciła uwagę na okna, które częściowo zostały pokryte witrażami. Wyglądały na drogie, w sumie wszystko tutaj wyglądało na drogie, ciekawa była, czy ktoś z jej rodziny był odpowiedzialny za tę część dekoracji, podpyta Eliasza, czy się tym zajmował, gdyby podeszła bliżej być może potrafiłaby rozpoznać dzieła wychodzące spod jego ręki, wolała jednak nie zwracać na siebie uwagi jako maniaczka szkła.

Nie zwracała uwagi na ludzi, którzy już zdążyli zająć miejsca przy stolikach. Zjawiła się tutaj ze swoim miejscem i jego towarzystwo jej wystarczało, nie miała zamiaru się rozpraszać, zresztą, gdy Benjy znajdował się obok niej to widziała tylko i wyłącznie jego, jakoś tak dziwnie to działało.

Skinęła jedynie głową na jego podziękowanie, nie było czego roztrząsać. Prue zwracała uwagę na te jego drobne naleciałości, nie wypytywała o nie po prostu akceptowała to, że istnieją, wspierała go w tym, jeśli tylko mogła. W końcu nie był to żaden wielki gest. On przecież również wyłapywał te drobnostki, których nie widział nikt inny.

Benjy odebrał od niej płaszcz, pod nim miała na sobie prostą, czarną sukienkę, elegancką, jednak nie wiedziała, czy na tyle elegancką, by znaleźć się w tym miejscu, w końcu było to bardzo ważne wydarzenie, nie zamierzała się tym jednak przejmować, bo decyzja o tym, że się tutaj znaleźli była przecież spontaniczna i nie miała czasu, aby się jakoś bardziej przygotować.

- Czy muszę zgodzić się je przyjąć? - Cóż, została zaatakowana, był pierwszy, więc pewnie będzie musiała faktycznie zająć się tymi żółtymi fasolkami, jeśli mu się trafią. - Mogę wziąć żółte, ale tylko wtedy jeśli Ty weźmiesz zielone, jeśli mi się trafią. - Był to chyba nie najgorszy układ, mogła na niego przystać.

Zajrzała dyskretnie do pakunku, który trafił w jej ręce, zamknęła go od razu, chciała tylko zaspokoić ciekawość. - Nie ma fasolek. - Powiedziała właściwie to zadowolona z tego faktu, z drugiej strony kto właściwie mógł przewidzieć, co miały w środku te karmelki, które tam dostrzegła.

Wzięła do ręki menu i zaczęła powoli czytać jego zawartość, gdy skończyła spojrzała na męża. W sumie nie była pewna, które dania wybrać, obawiała się tego, że mogłaby stracić możliwość skosztowania którejś z potraw i później by tego żałowała. - Może weźmiemy po jednym zestawie, wtedy będziemy mogli spróbować wszystkiego? - Podejrzewała zresztą, że Benjy i tak będzie sprawdzał zawartość jej talerzy, więc w sumie wydawało jej się to być całkiem dobrym pomysłem. Będą mieli szansę posmakować każdego z dań, nic ich nie ominie.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

fireheart
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
aurorka, twórczyni eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, ciemnobrązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy. Bije od niej lodowate zimno, w dotyku jest jak bryła lodu.

Victoria Lestrange
#69
11.06.2026, 00:07  ✶  

– No, nie jest popularny. Inaczej nie byłoby takiego skandalu te lata lata temu z tymi czekoladkami, czy co oni tam nadziewali. Więc faktycznie nie ma się o co martwić. Szansa, że ktoś ci doleje do wina amortencję jest raczej niewielka – zresztą to tak, jakby bać się o każdą rzecz ze względu na veritaserum. Nie było sensu martwić się na zapas, szansa na to była równie wielka jak to, że na środku Pokątnej spadnie na ciebie fortepian i zginiesz na miejscu: czyli że teoretycznie było to możliwe, a w praktyce… ile takich fortepianów mieściło się przez okno?

O tak, Cressida pasowałaby na dziewczynę, która używa na kimś amortencji. Może ten rok temu, czy kiedy tam się rozstawali, gdyby miała do takiej dostęp, to podałaby mu to i owo i nadal pławiła się w jego obecności? Całe szczęście dla Rosiera, że tego nie zrobiła, a wyglądała na taką, która byłaby do tego zdolna. Była wystarczająco zdesperowana.

– Przestaje być zabawnie jak nieodpowiednia osoba nagle zakocha się w drugiej, równie nieodpowiedniej osobie – mruknęła pod nosem, myśląc sobie, że nie chciałaby być ta osobą, która nagle bez pamięci w ciągu sekundy zakochuje się w kimś, kogo do tej pory nie darzyła żadnym głębszym uczuciem. Ani nie chciałaby, by jej partner nagle nie widział świata bez jakiejś obcej osoby. Oczywiście nigdy nie była w podobnej sytuacji, ale umiała sobie wyobrazić, jak mocno to musi być niekomfortowe. A zresztą skutki Christopher odczuł sam, gdy Atreus dał mu w dziób bo spodobała mu się dziewczyna, z którą Chris przyszedł na wesele.

– Taak, ona – Victoria uśmiechnęła się, nabijając na widelec kolejny kawałek pieczeni. – Pewnie ten, który najbardziej podobał się jej, akurat bardziej interesował się jej koleżanką, czy coś. W sensie nie wiem, tak strzelam. Albo chciała trochę namieszać? Może się z kimś założyła – zgadywała dalej, ale w gruncie rzeczy nie miało to większego znaczenia teraz, 10 lat później. – Powodów w sumie może być dużo, no ale Slughorn w końcu jakoś się dowiedział kto to był – może mu ktoś szepnął słówko czy dwa, albo usłyszał to sam przypadkiem – Victoria tego już po takim czasie nie pamiętała.

– No, to będą musieli sobie trochę poczekać… Chyba nikt się stąd na razie nie pali do wyjścia. Chcesz trochę? – teoretycznie mogli zamówić więcej, bo te porcje nie były przecież wielkie, a specjalnie mniejsze, by można było spróbować wszystkiego, ale może Chris nie chciał przeginać? Victoria jeszcze nie zdecydowała, czy chce domówić jakieś inne danie, bo póki co rozpływała się nad pieczenią.

#BigDickEnergy

When does a man die?

wiek
25
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szukający Puddlemere United
Wysoki (ok. 190 cm), umięśniony mężczyzna. Kolor włosów ciemny blond, lekko roztrzepane. Jasnoniebieskie oczy. Lekko uchylone usta odsłaniają równe, białe zęby. Ubrany w koszulę, dobrze skrojoną marynarkę i dopasowane spodnie - paleta: czerń, granat, biel oraz odcienie szarości.

Lukas Nott
#70
11.06.2026, 00:19  ✶  
Wbił spojrzenie w Marianne z lekkim uniesieniem brwi. Młoda, ładna, podekscytowana i do tego fanka quidditcha. Czego człowiek mógłby chcieć więcej od życia?
— We własnej osobie. — Odrzekł, po czym wsłuchiwał się w słowa wypowiadane przez dziewczynę z uwagą. Przez krótką chwilę naprawdę wyglądał tak, jakby jej pytanie wymagało poważnego namysłu. Jak odnajduje się w Puddlemere? No właśnie. Chyba należało powiedzieć, że doskonale. Że klub przyjął go świetnie. Że atmosfera była wspaniała. Że ciężko pracował, cieszył się z nowych wyzwań i nie mógł doczekać się kolejnych meczów. Wszystko prawda. Wszystko poprawne. Wszystko tak nudne, że człowiek mógłby od tego usnąć z otwartymi oczami. Ale właśnie takich odpowiedzi od niego oczekiwano. Pokrzepiających, gładkich, nadających blasku i dobrze przenoszących się na spojrzenia kibiców. Jestem zajebisty i ty też możesz być. Jesteś zwycięzcą, Marianne. Te słowa przeszły mu przez myśl. Wyobraził sobie jak je wypowiada z całą absurdalną powagą, ale nie mógł wypowiedzieć ich na głos. Bo musiał zachowywać się przyzwoicie.
— Anglia to mój dom, więc nie miałem problemów ze zmianą środowiska— odparł w końcu z miną człowieka wygłaszającego PR gadkę. — A przy jej mieszkańcach czuję, że znowu żyję. Wróciłem i namieszam, a niebiescy znowu sięgną po mistrza.
Ktoś z tyłu parsknął. Ktoś inny mruknął coś pod nosem obrażonym tonem, choć bez większego przekonania. James, idący kilka kroków za nimi, rzucił Lukasowi spojrzenie człowieka zastanawiającego się, czy w tym wszystkim przypadkiem nie kryje się jakaś prawda. Lukas nie powiedział, że przez pierwsze tygodnie czuł się trochę tak, jakby ktoś wyrwał go z jednej szatni i wrzucił do drugiej, każąc mu natychmiast znać wszystkie rytuały, wszystkie niewypowiedziane zasady i wszystkie żarty, które miały sens tylko dla ludzi pamiętających wydarzenia sprzed pięciu sezonów. Nie powiedział też, że łatwiej było śmiać się z kolegami, niż przyznać przed samym sobą, jak bardzo zależało mu na tym, żeby się wpasować. W sporcie zespołowym nie wystarczyło być dobrym. Trzeba było jeszcze sprawić, by inni chcieli ci zaufać w tej jednej sekundzie, kiedy tłum wrzeszczał, tłuczki śmigały z boku, a znicz mignął gdzieś na granicy wzroku.
— Poza tym mamy tu Jamesa, który próbuje udawać odpowiedzialnego kapitana, Aldena Price’a, najlepszego strzelca w tej lidze, i Cormaca Blythe’a, który jeszcze nie pogodził się z tym, że do końca życia będzie rezerwowym szukającym. Dodatkowo resztę chłopaków głodnych wygrywania, a ja im to wygrywanie zapewnię.
— Jeszcze zobaczysz — odezwał się z tyłu Cormac, wyraźnie oburzony słowami, jakimi przedstawił go szukający.
— Tak, tak. Za marzenia nie karają.
Price zaśmiał się krótko, a James westchnął tak ciężko, jakby w regulaminie kapitana Puddlemere United drobnym drukiem zapisano obowiązek umierania za cudzy brak taktu. Lukas w tym czasie zbliżył się do Marianne.
— Powinnaś grać dalej, a nie harować w miejscu takim jak to — wtrącił nagle, odrobinę zbyt bezpośrednio, bo choć nie znał dziewczyny, kochał quidditcha w sposób niemal bezczelny. Każda dusza odchodząca od tego sportu była dla niego rysą na czymś, co wciąż uparcie traktował jak własne marzenie. — Powinnaś grać dalej i kiedyś się ze mną zmierzyć, znowu.
W oczach błysnęło mu coś żywszego. Nie kokieteria. Nie grzeczne zainteresowanie. Raczej ta surowa, sportowa iskra, która zapalała się w nim zawsze wtedy, gdy rozmowa schodziła na rywalizację. Nic nie jarało go tak jak walka w powietrzu. Pojedynek. Wyścig. Ten krótki moment, w którym ciało przestawało być ciężarem, a świat kurczył się do prędkości, przewidywania i brutalnej pewności. Wygywaj lub giń.. Gdyby mógł, wyzwałby całą ludzkość po kolei, tylko po to, by udowadniać sobie raz za razem, że jest najlepszy. Tak robili zwycięzcy. Taki sposób myślenia należał do garstki ludzi, którzy nie potrafili zadowolić się samym uczestnictwem.
Lukas szedł dalej za Marianne, uważając, żeby nie przyspieszyć za bardzo. W normalnych warunkach pokonywał schody tak, jak większość ludzi przechodziła przez otwarte drzwi. Bez zastanowienia, zbyt szybko, z ciałem przyzwyczajonym do ruchu. Dzisiaj musiał pamiętać, że za nim ciągnęła się cała grupa zawodników, a przed nim szła kelnerka, która i tak miała za dużo na głowie Z antresoli restauracja wyglądała jeszcze ciekawiej. Parter falował ruchem, światłem i zapachem. Kelnerzy lawirowali między stolikami z tacami, goście otwierali paczuszki słodyczy z taką miną, jakby Bott rozdawał im nie upominki, lecz małe, elegancko zapakowane sekrety o nieznanym działaniu. Gdzieś niżej ktoś przepraszał za zderzenie, ktoś inny śmiał się zbyt głośno, a host przy wejściu wyglądał jak człowiek, który w myślach przeliczał, ile jeszcze osób może wejść do środka, zanim podłoga pęknie od naporu.
Lukas zatrzymał się na chwilę przy poręczy i przesunął wzrokiem po sali tylko przelotnie, ale Pokątna miała tę nieprzyjemną właściwość, że znajome twarze wyrastały w niej z tłumu jak osty z trawnika. Najpierw dostrzegł Christophera. Rosier siedział z Victorią Lestrange przy jednym ze stolików i wyglądał, rzecz jasna, tak, jakby nawet menu degustacyjne było w jakiś sposób elementem starannie zaplanowanej scenografii pod jego osobę. Lukas poczuł znajome ukłucie rozbawienia. Siedem lat w dormitorium wystarczało, by człowiek nauczył się rozpoznawać tę specyficzną mieszankę pewności siebie, elegancji i absolutnego przekonania, że świat, choć chwilowo chaotyczny, powinien jednak prędzej czy później ustawić się pod odpowiednim kątem. Victoria natomiast sprawiła, że uśmiech Lukasa stał się odrobinę ostrożniejszy. Nie dlatego, że miał wobec niej coś na sumieniu. Nie bardziej niż zwykle, a to w jego przypadku była kategoria dość pojemna. Po prostu aurorzy mieli w sobie coś takiego, co przypominało człowiekowi o trudnościach i wiecznej walce o normalność.
Skinął im krótko głową. Christopherowi trochę swobodniej, Victorii z większą uprzejmością. Bez podchodzenia. Bez zaczepiania. Jeżeli Rosier przyszedł tutaj z kobietą, a nie po to, by zostać napadniętym przez szukającego i pół drużyny za jego plecami, należało uszanować przynajmniej pozory cywilizacji. Potem zobaczył Asenę w towarzystwie jakiegoś dziada. Choć, trzeba było oddać sprawiedliwość, styl miał wyjątkowy. Lukas winszował jej z góry. Nie znał wielu ludzi, którzy potrafiliby wyglądać jednocześnie jak ktoś przypadkowy, podejrzany i całkowicie przekonany o własnym miejscu przy stole. Asena przy nim wydawała się zresztą dokładnie tak nieprzewidywalna, jak ją zapamiętał. Przez sekundę dym, huk i płonące belki wróciły do niego ostrzej, niż powinny w miejscu pachnącym pieczenią. Zaraz jednak odwrócił wzrok. Nie przyszedł tutaj po to, żeby grzebać w Spalonej Nocy między zupą a deserem.Dopiero kiedy dotarli do stolika numer piętnaście, pozwolił sobie naprawdę odetchnąć. Stół był długi, przygotowany na całą ich gromadę, co samo w sobie zasługiwało na szacunek.
— Panowie — powiedział Lukas, odciągając krzesło — zanim usiądziemy, przypominam: nikt nie krzyczy nad zupą.
— To już mówiłem ja — wtrącił James.
— Właśnie dlatego powtarzam. Za pierwszym razem nikt cię nie słuchał.
Kapitan spojrzał na niego z cierpieniem człowieka, który kiedyś musiał za coś odpokutować i najwyraźniej tą pokutą było dowodzenie drużyną Puddlemere United poza boiskiem.
— Nott, ty mu kiedyś naprawdę skrócisz życie — rzucił Price, siadając naprzeciwko.
— Przeciwnie. Uodparniam go na stres. To inwestycja w klub.
— Jako kapitan informuję, że nie wyraziłem zgody na bycie projektem treningowym — mruknął James.
— Rozumiem, ale odrzucam — dodał Lukas rozbawiony, udając menedżera Marlowa.
Usiadł, wygładził rękaw marynarki i dopiero wtedy sięgnął po menu. Sama karta zasługiwała na uwagę. Nie była przesadzona. To spodobało mu się od razu. Nie próbowała udawać czegoś, zbyt skomplikowanego. Brązowa zupa windsorska, zupa warzywna, zapiekanka pasterska, niedzielna pieczeń, Jabłkowy zawrót głowy, trifle. Rzeczy obce i nieoswojone, ale podane z obietnicą, że ktoś potraktował je z ambicją.
Lukas nie ufał kucharzom, którzy za wszelką cenę chcieli zaskakiwać. Zaskoczyć można było fasolką o smaku brudnej skarpety. Dobry obiad wymagał czegoś trudniejszego. Oczekiwał dania mocnego, konkretnego, uczciwego wobec własnego charakteru. Brązowa zupa windsorska powinna być ciemna, głęboka, niemal rustykalna w profilu, z wyraźnym mięsnym fundamentem i korzenną, pieprzną końcówką. Niedzielna pieczeń z wołowiną nie mogła być suchym aktem przemocy na zwierzęciu, tylko porządną, soczystą konstrukcją smaku, z puddingiem yorkshire, gęstym sosem i warzywami, które nie wyglądały, jakby ktoś kazał im przepraszać za własne istnienie. Zapiekanka pasterska powinna mieć ciężar, dobrą jagnięcinę, masło w ziemniaczanym purée i przyprawy, które nie bały się wykonać swojej pracy. A deser? Deser miał być doskonały i pozostawać tą ostatnią kropką w pięknym zdaniu.
— Nott, ty się zaraz wzruszysz nad kartą — zauważył Alden.
— Ciszej — odparł Lukas, nie odrywając wzroku od menu. — Te pozycję do mnie mówią, piękne słowa.
— To jest zapiekanka.
— Właśnie.
Cormac Blythe wychylił się lekko, próbując zajrzeć mu przez ramię.
— Ty naprawdę czytasz opis pieczeni trzeci raz?
— Analizuję.
— To mięso.
— To kompozycja.
— To obiad.
— Zamknij ryj prostaku, to sztuka.
Marianne pojawiła się przy nich ponownie, gotowa odebrać zamówienia, choć w jej spojrzeniu mignęła ostrożność osoby, która zaczynała rozumieć, że stolik numer piętnaście może wymagać cierpliwości, refleksu i być może osobnego wsparcia duchowego. Lukas zamknął kartę z powagą człowieka podejmującego decyzję o strategicznym znaczeniu.
— Poproszę wszystko — zwrócił się do niej spokojnie, z uśmiechem od ucha do ucha.
Przy stole zapadła krótka cisza. James powoli odwrócił głowę w jego stronę.
— Wszystko?
— Wszystko z menu — doprecyzował Lukas, jakby to była najbardziej racjonalna rzecz na świecie. — Brązową zupę windsorską, zupę warzywną, niedzielną pieczeń z wołowiną, zapiekankę pasterską, Jabłkowy zawrót głowy, trifle i cokolwiek jeszcze kuchnia uzna za warte pokazania. Jeżeli jest sos, chcę sos. Jeżeli jest dodatek, chcę dodatek. Jeżeli istnieje wersja z większą ilością mięsa, proszę uznać, że rozmawiamy właśnie o niej.
Price zakrył usta dłonią, ale i tak było widać, że się śmieje.
— Ty jesteś chory.
— Jestem profesjonalistą — poprawił go Lukas. — Restauracja otwiera się raz. Pierwsze menu degustacyjne to deklaracja ideowa kuchni. Trzeba sprawdzić strukturę, ciężar, balans, technikę, konsekwencję przyprawienia i uczciwość porcji.
Cormac spojrzał na Marianne z udawaną powagą.
— Ja też poproszę uczciwość porcji.
— Ty poprosisz to, na co pozwoli ci budżet rezerwowego — rzucił Lukas bez patrzenia na niego.
— To było niskie.
— Ale celne.
Alden uniósł ręce, jakby nie zamierzał brać odpowiedzialności za tę wymianę. Lukas oparł się wygodniej na krześle, z zadowoleniem człowieka, który zamówił nie posiłek, lecz doświadczenie. Był głodny, ale nie w sposób zwyczajny. Głód Lukasa rzadko bywał tylko pustką w żołądku. Był potrzebą sprawdzenia, pochłonięcia, ocenienia. Smakoszostwo miało w nim coś z rywalizacji. Jeżeli ktoś postawił przed nim dobre danie, Lukas chciał wiedzieć, jak dobre. Jeśli zapowiadało się świetne, chciał poznać każdy jego element. Jeśli było słabe, chciał móc obrazić je z pełną świadomością faktów. A tutaj wszystko wskazywało na to, że Bott naprawdę miał ambicję.
Lukas wbił spojrzenie w oczy Marianny.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (5596), Alastor Moody (1331), Anthony Shafiq (1567), Asena Greyback (2293), Astoria Avery (1536), Atreus Bulstrode (2261), Baba Jaga (2379), Basilius Prewett (1050), Benjy Fenwick (11801), Bertie Bott (1108), Brenna Longbottom (2437), Christopher Rosier (4646), Émile Mulciber (1567), Kożuch (1361), Lorien Mulciber (4450), Lorraine Malfoy (1742), Lukas Nott (2405), Lydia Black (1505), Millie Moody (1040), Nora Figg (2764), Pan Losu (1831), Prudence Fenwick (9289), The Edge (4442), Victoria Lestrange (5450), Woody Tarpaulin (2961), Zenon Kozioł (4196)


Strony (18): « Wstecz 1 … 5 6 7 8 9 … 18 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa