17.05.2026, 19:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.05.2026, 19:33 przez Aaron Andrew Moody.)
Aaron Andrew Moody nie wiedział, jak zacząć tę rozmowę, zaczął więc od wpakowania rąk do kieszeni.
– Hej.
Nie słychać było, gdy wszedł do pokoju wspólnego. Co było dziwne, bo zwykle obwieszczał swoją obecność całkiem głośno. Przy Woodym gęba mu się nie zamykała, a gdy wrzeszczał na boisku, głos jego niósł się hen po błoniach: podobnie jak i radosny rechot, gdy znowu udało im się coś nabroić, naturalnie, umykając przed brojenia konsekwencjami. A jednak bez najlepszego przyjaciela obok, Aaron zawsze zdawał się zdecydowanie mniej wylewnym. Znikał szeroki uśmiech, którego wspomnienie można było dostrzec wyłącznie w zewnętrznych kącikach oczu: w liniach uśmiechu wypalonych przez lato, wiatr i nawyk patrzenia pod słońce, wtedy gdy ścigali się na miotłach. Spontaniczność ustepowała miejsca zachowaniom wyuczonym, zdecydowanie bardziej kontrolowanym. Na twarz powracał wyraz skupienia, może nawet powagi, a zmarszczone brwi czyniły go podobnym do despotycznego ojca, który wpoił w niego tę dyscyplinę. Być może to nie grube dywany tłumiły odgłos zbliżających się kroków. Może to Aaron po prostu stąpał lżej. Było w nim czasem coś z kota, który skrada się nisko na łapach. Jak gdyby chciał wbić pazury w zdobycz, w którą wbił wcześniej spojrzenie zielonych ślepi. Bo Aaron czuł, że wszystko musi wydrzeć życiu pazurami. Tak bardzo przyzwyczajony był do tej myśli, że bezwartościowym wydawało mu się to, co przychodziło zbyt łatwo. Miał wrażenie, że ludzie to wyczuwają. To dążenie, żeby zawsze przekraczać samego siebie. Wiele od siebie wymagał, a gdy oczekiwaniom tym nie potrafił sprostać, czuł się gorszym. Nie myślał o innych ludziach w takich samych kategoriach, w jakich myślał o sobie, a jednak trudno było nie odnieść wrażenia, że jest się przez Aarona osądzanym, gdy ten zaczynał się dystansować. Jego cisza nagle stawała się wrogą, uprzejmość mylona była z rezerwą, a bezpośredniość, którą ludzie zwykle uznawali za ujmującą, zyskiwała znamiona agresji. Nie chciał się wywyższać, tkwiła w nim jednak ta chorobliwa wiara to, że musi robić więcej, wciąż więcej, jak gdyby życie było niekończącą się listą rzeczy do odhaczenia. Siedem lat w szkole, potem trzy lata służby w brygadzie, egzaminy, kurs aurorski, jeszcze więcej egzaminów. Ale najpierw musiał jeszcze ogarnąć drużynę, stertę pracy domowej, życie towarzyskie, odpisać na list od matki, który tydzień już przeleżał na jego biurku, a potem...
"Aaron, wrzuć na luz", mówił Woody.
Wrzucenie na luz szlag trafił, bo Aaron musiał przeprowadzić kwalifikacje do drużyny qudditcha. Odpowiednio wcześnie, żeby wymyślić dobrą strategię na rozpoczynający się sezon, i zdążyć zapoznać z nią wszystkich nowych zawodników. Wszyscy mogli spróbować swoich sił, ale paru znajomych zaprosił osobiście. Chciał między innymi zobaczyć, jak Julian Bletchley próbuje swoich sił na miotle. Nie chodziło wyłącznie o talent (bo Woody latał w drużynie najlepiej ze wszystkich, czym chwalił się bardzo głośno, rzucając wszystkim wyzwanie, żeby wykręcili w powietrzu więcej beczek od niego, nie wyrzygawszy przy tym śniadania), ale o pewien rys charakteru, który dla drużyny mógł okazać się szczególnie wartościowym. Odwaga. Upór. Gotowość do podjęcia walki nawet wtedy, gdy przewaga przeciwnika zdaje się przytłaczającą. No i Julian był kolegą Woody'ego. Był też kolegą Aarona, ale Aaron zawsze miewał problemy ze stwierdzeniem, czy ludzie go realnie lubią, czy tylko tolerują. Niespecjalnie więc kwapił się poświęcać tej kwestii zbyt wiele myśli, nie podobało mu się bowiem, do jakich wniosków mógłby dojść. Zwłaszcza, że naprawdę dobrze się bawił, gdy tego lata wspólnie ćwiczyli latanie.
Tylko że nie dalej jak wczoraj Julian dostał szlaban, bo pobił się z jakimiś Ślizgonami, którzy ostro go zwyzywali. Pewnie, że dobrze zrobił, że wymierzył rasistowskiemu ścierwu fangę w nos. A jednak nie dość, że sam oberwał, dostał kilkudniowy szlaban, bo rzucał się potem przy belfrze, że to wszystko niesprawiedliwe. Niesprawiedliwym byłoby również, gdyby Aaron odwlekł kwalifikacje do drużyny z jego powodu, o czym dosyć szorstko poinformował kolegę w porze obiadowej. Głupio się złożyło. To przecież nie tak, że chciał zrobić przykrość Julkowi. Nie wiedział, dlaczego odburknął mu wcześniej znad książki o historii magii, gdy zobaczył, że tamten udaje się odpracować szlaban. Nic dziwnego, że atmosfera była między nimi napięta. Nie powinien obarczać go swoimi pretensjami. A jednak czuł się tak, jak gdyby wszyscy chcieli mu wszystko utrudniać. Nic nie mógł na to poradzić.
– Wciąż uważam, że to głupie, że się z nimi biłeś.
Taki był właśnie Aaron. Prędzej by się zesrał, niż wyparł swoich przekonań. A jednak usiadł po chwili na podłodze obok Juliana, wypuściwszy powietrze nosem.
– Uważam też, że to było odważne.
– Hej.
Nie słychać było, gdy wszedł do pokoju wspólnego. Co było dziwne, bo zwykle obwieszczał swoją obecność całkiem głośno. Przy Woodym gęba mu się nie zamykała, a gdy wrzeszczał na boisku, głos jego niósł się hen po błoniach: podobnie jak i radosny rechot, gdy znowu udało im się coś nabroić, naturalnie, umykając przed brojenia konsekwencjami. A jednak bez najlepszego przyjaciela obok, Aaron zawsze zdawał się zdecydowanie mniej wylewnym. Znikał szeroki uśmiech, którego wspomnienie można było dostrzec wyłącznie w zewnętrznych kącikach oczu: w liniach uśmiechu wypalonych przez lato, wiatr i nawyk patrzenia pod słońce, wtedy gdy ścigali się na miotłach. Spontaniczność ustepowała miejsca zachowaniom wyuczonym, zdecydowanie bardziej kontrolowanym. Na twarz powracał wyraz skupienia, może nawet powagi, a zmarszczone brwi czyniły go podobnym do despotycznego ojca, który wpoił w niego tę dyscyplinę. Być może to nie grube dywany tłumiły odgłos zbliżających się kroków. Może to Aaron po prostu stąpał lżej. Było w nim czasem coś z kota, który skrada się nisko na łapach. Jak gdyby chciał wbić pazury w zdobycz, w którą wbił wcześniej spojrzenie zielonych ślepi. Bo Aaron czuł, że wszystko musi wydrzeć życiu pazurami. Tak bardzo przyzwyczajony był do tej myśli, że bezwartościowym wydawało mu się to, co przychodziło zbyt łatwo. Miał wrażenie, że ludzie to wyczuwają. To dążenie, żeby zawsze przekraczać samego siebie. Wiele od siebie wymagał, a gdy oczekiwaniom tym nie potrafił sprostać, czuł się gorszym. Nie myślał o innych ludziach w takich samych kategoriach, w jakich myślał o sobie, a jednak trudno było nie odnieść wrażenia, że jest się przez Aarona osądzanym, gdy ten zaczynał się dystansować. Jego cisza nagle stawała się wrogą, uprzejmość mylona była z rezerwą, a bezpośredniość, którą ludzie zwykle uznawali za ujmującą, zyskiwała znamiona agresji. Nie chciał się wywyższać, tkwiła w nim jednak ta chorobliwa wiara to, że musi robić więcej, wciąż więcej, jak gdyby życie było niekończącą się listą rzeczy do odhaczenia. Siedem lat w szkole, potem trzy lata służby w brygadzie, egzaminy, kurs aurorski, jeszcze więcej egzaminów. Ale najpierw musiał jeszcze ogarnąć drużynę, stertę pracy domowej, życie towarzyskie, odpisać na list od matki, który tydzień już przeleżał na jego biurku, a potem...
"Aaron, wrzuć na luz", mówił Woody.
Wrzucenie na luz szlag trafił, bo Aaron musiał przeprowadzić kwalifikacje do drużyny qudditcha. Odpowiednio wcześnie, żeby wymyślić dobrą strategię na rozpoczynający się sezon, i zdążyć zapoznać z nią wszystkich nowych zawodników. Wszyscy mogli spróbować swoich sił, ale paru znajomych zaprosił osobiście. Chciał między innymi zobaczyć, jak Julian Bletchley próbuje swoich sił na miotle. Nie chodziło wyłącznie o talent (bo Woody latał w drużynie najlepiej ze wszystkich, czym chwalił się bardzo głośno, rzucając wszystkim wyzwanie, żeby wykręcili w powietrzu więcej beczek od niego, nie wyrzygawszy przy tym śniadania), ale o pewien rys charakteru, który dla drużyny mógł okazać się szczególnie wartościowym. Odwaga. Upór. Gotowość do podjęcia walki nawet wtedy, gdy przewaga przeciwnika zdaje się przytłaczającą. No i Julian był kolegą Woody'ego. Był też kolegą Aarona, ale Aaron zawsze miewał problemy ze stwierdzeniem, czy ludzie go realnie lubią, czy tylko tolerują. Niespecjalnie więc kwapił się poświęcać tej kwestii zbyt wiele myśli, nie podobało mu się bowiem, do jakich wniosków mógłby dojść. Zwłaszcza, że naprawdę dobrze się bawił, gdy tego lata wspólnie ćwiczyli latanie.
Tylko że nie dalej jak wczoraj Julian dostał szlaban, bo pobił się z jakimiś Ślizgonami, którzy ostro go zwyzywali. Pewnie, że dobrze zrobił, że wymierzył rasistowskiemu ścierwu fangę w nos. A jednak nie dość, że sam oberwał, dostał kilkudniowy szlaban, bo rzucał się potem przy belfrze, że to wszystko niesprawiedliwe. Niesprawiedliwym byłoby również, gdyby Aaron odwlekł kwalifikacje do drużyny z jego powodu, o czym dosyć szorstko poinformował kolegę w porze obiadowej. Głupio się złożyło. To przecież nie tak, że chciał zrobić przykrość Julkowi. Nie wiedział, dlaczego odburknął mu wcześniej znad książki o historii magii, gdy zobaczył, że tamten udaje się odpracować szlaban. Nic dziwnego, że atmosfera była między nimi napięta. Nie powinien obarczać go swoimi pretensjami. A jednak czuł się tak, jak gdyby wszyscy chcieli mu wszystko utrudniać. Nic nie mógł na to poradzić.
– Wciąż uważam, że to głupie, że się z nimi biłeś.
Taki był właśnie Aaron. Prędzej by się zesrał, niż wyparł swoich przekonań. A jednak usiadł po chwili na podłodze obok Juliana, wypuściwszy powietrze nosem.
– Uważam też, że to było odważne.
I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
and I am ready to strike in her name