28.02.2023, 00:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.06.2023, 21:34 przez Morgana le Fay.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Cathal Shafiq - osiągnięcie Piszę, więc jestem
Pokłosie tej, tej i tej sesji.
Londyn tonął w mroku, ciszy i mgle. Gdy Cathal aportował się na Pokątnej, dochodziła dopiero czwarta. Ta godzina, gdy większość bawiących się w nocnych godzinach powraca do domów lub zasypia do wtóru szumu wina w głowie, i gdy sklepikarze, najwcześniej otwierający swoje lokale, przewracają się na łóżkach z boku na bok, kradnąc ostatnie minuty snu. Gdzieś z dala dochodził czyjś śmiech - na Horyzontalnej, w Fontannie Szczęśliwego Losu, zawsze ktoś siedział przy stoliku - poza tym dźwiękiem jednak uszu Shafiqa nie dochodziły żadne hałasy, i nie widział przechodniów.
Może na tę pustkę wpływało też to, że czasy były niespokojne?
Cathal szedł szybko aż dotarł do kamienicy Crouchówny. Był ubrany byle jak, w rzeczy wyciągnięte z szafy w pośpiechu. Koszula była pognieciona, włosy Cathala potargane, na policzku wciąż pozostał ślad, odciśnięty przez poduszkę. Mimo nocnego chłodu, mężczyzna nie miał na sobie płaszcza - wybiegł z domu w pośpiechu, ogrzewany pragnieniem mordu. Może gdyby pomyślał nad tym dłużej, uświadomiłby sobie, że właściwie sprawa mogłaby poczekać do rana. I że najlepiej byłoby od razu wezwać także Ulyssesa. Nawet jeśli chłód przywrócił Shafiqowi trochę rozsądku, to ten rozsądek i tak nie zdołał go skłonić do aportowania się z powrotem.
Bo Rookwood czuł się obserwowany. Być może za Letą też ktoś chodził tego dnia i zdołała kogoś zobaczyć? A może znała tego mężczyznę ze snów? Cathal niezbyt wierzył, że ten człowiek przywdziewał fałszywą maskę. Ludzie byli próżni: jeśli mógłby pojawić się w dowolnej postaci, wybrałby bardziej reprezentatywne ciało. A Shafiq nie chciał czekać, jeżeli istniała szansa, że pozna tożsamość człowieka, który ośmielał się mieszać w jego koszmarach. Poza tym do tej pory zakładał, że to Ulysses był tym, o kogo chodziło… ale już drugi raz przytrafiło się to jemu: może jednak to on miał być celem?
Nie zapukał w drzwi Alethei. Zaczął w nie walić. Mogła spać dalej, a w takim wypadku planował kobietę obudzić.
- Alethea! – zawołał. Rzadko używał jej pełnego imienia. Głównie wtedy, gdy miał ochotę ją zamordować. Chociaż teraz akurat mordercze intencje żywił bardziej wobec kogoś innego. – Otwieraj te cholerne drzwi, inaczej zaraz je wyważę! – zagroził. I to całkiem na poważnie, bo gdyby kobieta nie otwierała, faktycznie miał zamiar złapać za różdżkę i rozpocząć proces wyważania od alohomory, by potem przejść do depulso oraz w razie potrzeby bombardy. Po pierwsze, z powodu pośpiechu, po drugie, wcale nie był pewny, jak mocno została ranna w ostatnim śnie. Mogła na przykład właśnie leżeć i się wykrwawiać na podłodze salonu.