Być może tutaj właśnie się różniły: Guinevere nie była twórczynią, nie wykonywała rzeczy na zamówienie, nie warzyła eliksirów, nie odlewała świec, nie rzeźbiła w drewnie. Obrała zupełnie inną ścieżkę kariery, woląc ślęczeć godzinami nad jakimiś starymi manuskryptami, z pędzelkiem w ręku, czytając stare wróżby czy przepowiednie, lub po prostu leczyć. Szkice i malunki to było coś… w oderwaniu, możliwość przelania myśli na papier w zupełnie innej formie, jak wypowiada się słowa, wszak to też był język, tylko taki, którego się nie słyszało i który nie miał liter, a alfabet ukrywał się w symbolach, motywach. Czasami były to zupełnie niezrozumiałe bohomazy, czasami pejzaże, czasami abstrakcja czy połączenie znanych elementów z zupełnie do siebie na pierwszy rzut oka nie pasującymi.
– Bardzo proszę, te są dla ciebie – dotyczyły przecież Helloise i nie służyły Ginny do uporządkowania myśli, a do pokazanie jej tego, co sama zobaczyła, bo może to ją jakoś bardziej naprowadzi… może nie od razu na rozwiązanie zagadki, a przynajmniej na właściwą drogę, zamiast błądzenia po omacku.
Po części myślała, że to nie jest żaden konkretny krajobraz, w końcu jej nic on nie mówił i wydawało jej się to trochę za mało by cokolwiek odczytać, ale nie pochodziła stąd: tam, gdzie się wychowała dużo było pustki i piasku, i wiele miejsc wyglądało zwyczajnie podobnie do siebie, nie przywykła więc do tego, że w Wielkiej Brytanii dużo rzeczy znaleźć jest prościej. Zdziwiła się więc, gdy Helloise orzekła, że wie, co to jest, to co jej właśnie namalowała. Ale… czy naprawdę powinna być zdziwiona? Już jeden uporczywy sen o jeziorze, który namalowała w kilku sztukach, a rysunki walały się gdzieś po głównym namiocie na wykopaliskach (bo nie dawało jej to spokoju), doprowadził ich do miejsca, którego nigdy nie widziała na własne oczy, a które rzeczywiście istniało. Wtedy uważała to za przypadek i za zagnieżdżenie się w jej głowie bardzo starego wspomnienia. Teraz zaś przekrzywiła lekko głowę.
– Snowdonii? W sensie w Walii? – było jeszcze wiele miejsc, których musiała się nauczyć, ale tę nazwę chociaż kojarzyła, przecież spędzała w Walii mnóstwo czasu, ale akurat nie przy smoczych górach. – To kawałek stąd – Guinevere lekko zmarszczyła brwi, ponownie sięgając po herbatę.
– Wróżby są jak… – urwała na moment, zastanawiając się jak odpowiednio wytłumaczyć to Helloise. – Język, którym posługuje się magia. Niebezpośredni i czasami mało precyzyjny, bo zależny od interpretacji wróżbity, ale to nadal tylko język, a wróżbita jest tłumaczem, który rozczytuje go na mowę zrozumiałą dla innych. Każdy może się tego nauczyć, tak jak uczy się innego języka i wszystkich jego niuansów kulturowych. Wróżbita odczytuje to, co magia, absolut, a może bogowie, chcą nam przekazać, gdy szukamy odpowiedzi. A czasami bez pytania. Może to coś, albo ktoś, po prostu wyczuł jakieś drgania magii wokół siebie, gdy kula chciała dać odpowiedź? Nie potrafię powiedzieć.