25.03.2023, 03:09 ✶
Chociaż twarz Cynthii tego nie pokazywała, wewnątrz skrzywiła się nieco na myśl, że ów młodzieniec mógł być szlamą lub pół krwi, ale cel uświęcał środki. Nie był też brzydki. Uśmiechnęła się więc kokieteryjnie, wbijając w niego błyszczące oczy. Zawsze miała jakąś nutę słabości do mężczyzn, których wyjątkowo onieśmielała, lubiąc się nad nimi znęcać.
- Lubię konkretnych mężczyzn. - pochwaliła go, przysuwając się i obejmując dłonią jego policzek, musnęła go subtelnie, zostawiając na nim czerwoną szminkę. Młodzieniec oddał jej aparat zgodnie z umową, a ona wrzuciła go do torebki, dając mu jeszcze galeona na piwo.
Chciała wrócić do swojego towarzystwa, jednak pojawiła się Szeptucha. Cyna stanęła z uniesioną nieco brwią, słuchając kobiety. Zaskoczenie przemknęło przez jej bladą i drobną buzię, jednak skinęła delikatnie głową w podziękowaniu, wierząc, że słów i wskazówek tego typu nie powinna w żaden sposób ignorować. Cięższej, trudniejszej niż sekcje zwłok? Co mogła mieć na myśli? Czy tą kobietą mogła być..? Przełknęła głośniej powietrze, odwracając się i obserwując, jak odzywała się również do pozostałych, widocznie mając dla nich przepowiednie. Nie podsłuchiwała jednak, wsuwając dłonie do kieszeni płaszcza.
Nagle rozpętał się chaos, a wszyscy gdzieś zniknęli. Harmider w akompaniamencie bębnów.
Cofnęła się pół kroku nieco zdezorientowana, gubiąc w tłumie zarówno Notta, jak i rodzeństwo Lestrange. Na krzyk o tym, że sprawcą zamieszania był ON, rozchyliła delikatnie usta, szybko łącząc fakty dotyczące osoby, o której rozbrzmiewały krzyki przerażenia. Zaklęcia przecinały powietrze, zagłuszane przez wiatr i szamoczące się korony drzew. Wiedziała, co to znaczy i wiedziała, że Lou gdzieś tam też siał zamęt, że gdzieś tam była Victoria i Fergus, a przede wszystkim Castiel.
Cholera jasna! Czy ona zawsze musiała ich ratować? Zawsze musieli wplątać się w coś głupiego, niedorzecznego, a przede wszystkim niebezpiecznego? Czuła w kościach, jej kobieca intuicja podpowiadała, że kostnica będzie pełna trupów — między innymi dlatego, że ktoś padł kilka metrów dalej, nie wiedziała tylko, czy pod wpływem zielonej poświaty. Przywarła plecami do drzewa, sięgając do torebki i wyjmując różdżkę, chcąc cokolwiek zrobić i wtedy też usłyszała trzask, a zaraz potem ktoś chwycił jej nadgarstek. Odwróciła głowę w stronę jegomościa, którym okazał się jej własny ojciec, którego twarz tkwiła pod czarnym kapturem. Zlustrował ją ciemnymi jak morska toń oczami, kręcąc głową.
- Nie powinnaś tu być, to nie miejsce dla Ciebie. - zauważył dosadnym szeptem, zaciskając palce na jej nadgarstku. Z zaskoczenia ściągnęła brwi, wbijając w niego wzrok - zdezorientowany, niezadowolony. Czy on nie miał być gdzieś na Oceanie teraz?
- A Castiel? Nie mogę go zostawić, Ty też nie powinieneś.
- Poradzi sobie. Masz coś innego do zrobienia dziecko.
Nim zdążyła szarpnąć ręką, zaprotestować, William skorzystał z teleportacji, zabierając zarówno siebie, jak i swoją córkę z cichym trzaśnięciem. Mógł być pewien, że Cynthia nie będzie zadowolona. Bo co było ważniejsze, niż jej bliźniak oraz osoby, które uznawała za bliskie?
- Lubię konkretnych mężczyzn. - pochwaliła go, przysuwając się i obejmując dłonią jego policzek, musnęła go subtelnie, zostawiając na nim czerwoną szminkę. Młodzieniec oddał jej aparat zgodnie z umową, a ona wrzuciła go do torebki, dając mu jeszcze galeona na piwo.
Chciała wrócić do swojego towarzystwa, jednak pojawiła się Szeptucha. Cyna stanęła z uniesioną nieco brwią, słuchając kobiety. Zaskoczenie przemknęło przez jej bladą i drobną buzię, jednak skinęła delikatnie głową w podziękowaniu, wierząc, że słów i wskazówek tego typu nie powinna w żaden sposób ignorować. Cięższej, trudniejszej niż sekcje zwłok? Co mogła mieć na myśli? Czy tą kobietą mogła być..? Przełknęła głośniej powietrze, odwracając się i obserwując, jak odzywała się również do pozostałych, widocznie mając dla nich przepowiednie. Nie podsłuchiwała jednak, wsuwając dłonie do kieszeni płaszcza.
Nagle rozpętał się chaos, a wszyscy gdzieś zniknęli. Harmider w akompaniamencie bębnów.
Cofnęła się pół kroku nieco zdezorientowana, gubiąc w tłumie zarówno Notta, jak i rodzeństwo Lestrange. Na krzyk o tym, że sprawcą zamieszania był ON, rozchyliła delikatnie usta, szybko łącząc fakty dotyczące osoby, o której rozbrzmiewały krzyki przerażenia. Zaklęcia przecinały powietrze, zagłuszane przez wiatr i szamoczące się korony drzew. Wiedziała, co to znaczy i wiedziała, że Lou gdzieś tam też siał zamęt, że gdzieś tam była Victoria i Fergus, a przede wszystkim Castiel.
Cholera jasna! Czy ona zawsze musiała ich ratować? Zawsze musieli wplątać się w coś głupiego, niedorzecznego, a przede wszystkim niebezpiecznego? Czuła w kościach, jej kobieca intuicja podpowiadała, że kostnica będzie pełna trupów — między innymi dlatego, że ktoś padł kilka metrów dalej, nie wiedziała tylko, czy pod wpływem zielonej poświaty. Przywarła plecami do drzewa, sięgając do torebki i wyjmując różdżkę, chcąc cokolwiek zrobić i wtedy też usłyszała trzask, a zaraz potem ktoś chwycił jej nadgarstek. Odwróciła głowę w stronę jegomościa, którym okazał się jej własny ojciec, którego twarz tkwiła pod czarnym kapturem. Zlustrował ją ciemnymi jak morska toń oczami, kręcąc głową.
- Nie powinnaś tu być, to nie miejsce dla Ciebie. - zauważył dosadnym szeptem, zaciskając palce na jej nadgarstku. Z zaskoczenia ściągnęła brwi, wbijając w niego wzrok - zdezorientowany, niezadowolony. Czy on nie miał być gdzieś na Oceanie teraz?
- A Castiel? Nie mogę go zostawić, Ty też nie powinieneś.
- Poradzi sobie. Masz coś innego do zrobienia dziecko.
Nim zdążyła szarpnąć ręką, zaprotestować, William skorzystał z teleportacji, zabierając zarówno siebie, jak i swoją córkę z cichym trzaśnięciem. Mógł być pewien, że Cynthia nie będzie zadowolona. Bo co było ważniejsze, niż jej bliźniak oraz osoby, które uznawała za bliskie?
Postać opuszcza sesję