Wymień marudnego abraxana na marudnego wampira. Profit. Profit? Profit był taki, że Sauriel się chociaż gestem wykazał i po parasolkę kopnął, chociaż w zasadzie wcale nie było takiej wielkiej potrzeby. Magią w końcu można było stworzyć wszystko. A przynajmniej tak lubili mówić wielcy myśliciele i ci, którzy kładli swoje życie na szali przełomowych odkryć i eksperymentów z eliksirami. Czasami dobrze było jednak coś zrobić własnymi rękoma. Jak pożyczyć od kogoś parasol. Abraxan był niestety kluczowy w ich planach przemieszczania się, więc zrobienie z niego kotleta nie wchodziło w grę. Ani kiełbasy. Czy cokolwiek tam się z koniny robi, Sauriel naprawdę nie był znawcą. Nie był nawet pewien, czy kiedykolwiek koninę jadł. A abraxianine? Czy to w ogóle inaczej smakowało? Cholera, na pewno, skoro te bestie pojone są whisky...
- Sauriel Rookwood. - Zgadza się, wypada się przedstawić, a mieli oboje takie nazwiska, że od razy było oczywiste, że nie są zbieraczami śmieci. Nie oznaczało to, że nie są psycholami, co się zasadzili na życie tych... ludzi. Dużej ilości ludzi. Sauriel nawet zamruga, kiedy kobiety zaczęły mu się mnożyć przed oczami, a każda blondyneczka. Miał słabość do blondynek. Nie chodzi o to, że podobały mu się... no dobra, podobały mu się blond włosy, ale chodziło o pewne skojarzenie. Jakoś najbardziej łagodne istoty, które spotykał, miały blond włosy. Spojrzał na Victorię. Nie, zdecydowanie nie blond. Spojrzał na tamtą czwórkę. Ale blond tej czwórki jakoś nie wydawał się do końca atrakcyjny. Istniała drastyczna różnica wyglądu między nimi a Victorią. Victoria była teraz jak ta zła wiedźma, która wtargnęła do zamku księżniczek i planowała ze swoim czarnym rycerzem porwać którąś z nich do mrocznych rytuałów. Sauriel uśmiechnął się nonszalancko pod nosem na to piękne skojarzenie, ale z grzeczności (bo nawet on wiedział, czym grzeczność jest) nie wypowiedział swojego skojarzenia na głos.
- Daleko. - Odparła Violet, uśmiechając się tak nieco... psotliwie. - Skąd jesteście? - Jej siostra szturchnęła ją łokciem i zrobiła pouczającą minę, która mówiła "tak nie wypada!", ewentualnie "opamiętaj się!". Nie wypadało? Może. Chyba. Nie było niczego złego w pytaniu. Najwyżej mogłeś doznać zawodu z powodu odpowiedzi.
- Z nie twój zasrany interes Londynu. - Odpowiedział Sauriel i nawet pokusił się na odpowiedzenie na ten uśmiech Violet. Ale nie dało się nie powiedzieć, że był to uśmiech sztuczny, grzecznościowy. Zwłaszcza, że zaraz zniknął. Bo uwaga Sauriela skierowała się na psa, a zdziwienie objęło jego facjatę w pełni. Gadający pies. Cóż. Mają gadającego konia. Więc czemu nie gadający pies..?
- Mieliście szczęście, że abraxan wylądował na czas. - Dodała Daisy.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.