Drżał. Nie z zimna, z bólu. Próbował poruszyć ręką, żeby ją wyczuć. Czuł ją ledwo co. Zesztywniała, jakby nie jego. Jakby jego wola pociągała fizycznie za sznurek, a jego ręka była drewnianą odnogą kukiełki, którą należało podnieść i wprawić dopiero w ruch. Fizyka nie była teraz jego przyjacielem. Grawitacja tym bardziej. Jego ciało nie ważyło tyle, ile zawsze. Było ołowiem. Skórą, pod któym płynęła czarna ciecz i dociążała go do ziemi. Zlepiała kości. Zatruwała mięśnie. Nie było w nim krwi, więc to było jedyne wyjaśnienie - to ołów szumiał mu w uszach.
Świat był ciemny i nieprzyjazny. Noc była nieprzyjazna. Nie błogosławiła mu swoją ulgą dnia, bo choć słońce nie świeciło w twarz to miał wrażenie, jakby promienie oblewały każdy fragment jego ciała. I nic tu nie dawało ubranie. Napiął mięśnie, żeby spróbować się przesunąć. Leżał na palecie, na jakichś pudłach, które chyba połamał, kiedy tutaj upadł. A upadł kiedy? Nie pamiętał. Jak miał pamiętać, skoro nawet teraz szczegóły rozmywały się przed jego oczami. Pływał. Może znajdowałby się pod wodą gdyby nie to, że dźwięki wokół wcale nie były przytłumione. I to nie woda lawirowała przed jego oczyma. To jego mózg nie odbierał sygnałów wokół tak, jak powinien.
Napięcie mięśni i próba przesunięcia się wywołała lawinę dźwięku wokół niego. Zaszeleścił karton, spadła jakaś deska, zatrzeszczała złamana paleta. I były też dźwięki, które wymykały się z jego ust, a których on nie kontrolował. Nie miał kurewskiego pojęcia, gdzie wylądował, która godzina i co dokładnie się dzieje, ale nie musiał nawet dobrze rejestrować wydarzeń ani otoczenia. W kodzie jego zachowań zapisane było przetrwanie pomimo. Z tym, że instynkt przetrwania czasem szwankował. Teraz nakazywał mu się podnosić i iść dalej. Uciekać dalej, skoro nie był zdolny do obrony. Ale... czy w ogóle warto?
Podciągnął się odrobinę wyżej, a każda fala bólu kująca i uderzająca w mózg tak jak na drobne momenty przymraczała, tak otrzeźwiała. Chociaż trochę. Do stopnia, w którym jego mózg był w stanie ułożyć jakąkolwiek składną myśl. I pojawił się głos. Blisko, bardzo blisko. Obolała ręka poruszyła się, ścierpnięte palce złapały różdżkę. Pytanie. Pomocy? Głos był znajomy, oczywiście że znajomy, rozpoznałby go przecież wszędzie! Ale w takiej sytuacji nie rozpoznał go od razu. Czy raczej - rozpoznał, ale najpierw było zwątpienie. Szybkie wyparcie tego, że jednak nawet takim jak on trafia się czasem fart. Dziewięć kocich żyć trzeba wykorzystać. Serce podeszło mu do gardła, zemdliło go. To nie było takie proste jak "niech mnie już zabiją". Sauriel nie miał pojęcia, co się dzieje.
Wyciągnął wolną rękę i złapał się mocno wyższej skrzyni, żeby spróbować się podciągnąć na nogi. Podciągnął - kładąc na tej skrzyni i powierzając jej swój ciężar ciała. A było co powierzać.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.