Ułożył się na drewnie, czy jakiejś sklejce - pachniało trocinami, albo jakąś inną drewnianą mielonką. Kant wbił mu się w brzuch naruszając wrażliwą skórę i nie skłaniając do tego, żeby się prostować. Nogi jak z waty zaś nie zachęcały do tego, żeby próbować stanąć o własnych siłach. Chwilę trwało, zanim podniósł głowę. Miał się nie ruszać, bo chyba oto trafiła się dobra dusza. Chyba nie wróg, chyba ktoś obcy. Nawet i ślepej kurze ziarno się trafi. Nie obejmował nadal rzeczywistości rozlewającej się wokół niego i rozmywającej w swoich posadach. Powoli puzzle wracały na swoje miejsce, ale nadal były rozbitymi kawałkami, które nie tworzyły całości. Narkotyczny miraż był jak mgła, w której myślenie stawało się ostatnią czynnością, do której jesteś zdolny.
Wypowiedziała jego imię, a on rozpoznał jej twarz.
Odwrócił wzrok w bok, kiedy nagły błysk światła boleśnie wdarł się do jego oczu z krańca różdżki Victorii. Trzy razy na tak, żeby runąć w dół, ale jedno veto, bo kurczowo trzymał się w pionie na drżących ramionach. Ale potem światło opadło, Victoria się zbliżyła, a on opadł na własne łydki. Ze wszystkich istnień na tej ziemi to musiała być właśnie ona. Dzięki Bogu. Ze wszystkich istot, które mogły go skopać w tym stanie, przyszła właśnie Victoria.
Podniósł na nią zamglone spojrzenie i złapał dłonią rąbek jej szaty. Chwila. Zdawał się mówić ten gest. Daj mi chwilę. Dawała mu tyle czasu, ile potrzebował, przecież nie musiał jej zatrzymywać. Nie odchodziła. Nie uciekała. Była ciągle tutaj.
- ...A... - Czy mógł mówić? Czy jego twarz była do tego zdolna? Był w stanie? Mógł? Nie wiedział. Miał wrażenie, że zapomniał jak to jest wykonywać tę czynność. Teraz już cały się trząsł. - Victoria... - Zbierz myśli. Zbierz myśli. Skup się. Skup. - Jestem... jestem... naćpany. - Tak, tak, ze wszystkich słów w stylu potrzebuję pomocy, co mnie boli a co nie boli, Rookwood musiał palnąć akurat to, które chyba brzmiało najgorzej. Bo brzmiało tak, jakby on sam zaliczył bad tripa. Najgorsze, lub najwspanialsze (zależnie od perspektywy) było to, że po wampirze ciężko było ocenić powierzchownie, że w ogóle ma jakieś rany, kiedy nie widziało się krwi.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.