- Jestem wampirem. Myślisz, że ktoś się przejmuje moim stanem zdrowia? - Uśmiechnął się przez tę krzywiznę bólu, która jego twarzą i mimiką głównie rządziła w tych momentach. Wymagało to oderwania twarzy od poduszki. Czuł od niej alkohol, ale jeszcze nie ten, który wietrzał i śmierdział paskudnie. Albo może nie wypiła aż tak dużo. Gdyby mu o tym piciu nie powiedziała to nawet by się nie domyślił po jej zachowaniu czy słowach. Nie plątał jej się język, nie wyglądała, jakby miała jakiekolwiek problemy z błędnikiem. - "Jego leczyć nie trzeba. Samo się zagoi." - Z bólem można było walczyć, albo można było go zaakceptować. Przyswoić. Nie dało się do bólu przyzwyczaić, bo nigdy nie był taki sam, bo dla organizmu był znakiem, że coś jest nie tak. Albo że wszystko jest nie tak. Natomiast można było się go nauczyć akceptować. Nie próbować go wyprzeć. Wtedy bolało trochę mniej. Działało przynajmniej w jego przypadku. Nie zwykł wymieniać się z innymi doświadczeniami, jak ból wpływa na innych, więc ciężko było mu powiedzieć, jak to się miało do innych osób.
Zmusił się do podniesienia, kiedy wyciągnęła fiolkę z torebki. Już był całkowicie trzeźwy. Cokolwiek to było, co całkowicie nim zakręciło i odcięło dopływ normalnych myśli i normalnego postrzegania rzeczywistości spłynęło w końcu z jego piór, jak krople wody spływają po kaczych piórach. Nawoskowanych, pięknych, barwnych. Te jego były zdecydowanie czarne. I niestety do narkotyków nie były tak dobrze przystosowane jak kacze pióra. Kiwnął dłonią dając jej znak, żeby mu tę fiolkę dała. No przecież Sauriel-Samosia sobie poradzi! W czym tu pomagać, przecież on wszystko sam, sam, sam! Nie pomyślał nawet o tym, że w takim stanie rzeczywiście mogło być ciężko z utrzymaniem drobnego naczynka, kiedy dłonie ci tak drżały. Odetchnął tylko, albo raczej wydał z siebie dźwięk podobny do odetchnięcia. Bez powietrza w płucach ciężko było o klasyczną wersję tego, co prezentowało znużenie bądź irytację. Znużenie w tym wypadku. Bo nie był zirytowany, że kobieta chciała szukać czegoś więcej, albo czegoś lepszego. Czarnowłosy wlałby w siebie wszystko w tym momencie.
- Mogę. - Potwierdził. Nie miał pojęcia czy wszystko działało na wampiry tak samo, ale akurat eliksir wiggenowy był czymś, co było w zasięgu rąk do kupienia. Więc już miał okazję go wypróbować. I choć wiedział, że te eliksiry nie były w stanie zwilżyć jego suchego gardła to miał teraz nadzieję, że magicznie przyniosą ulgę nie tylko na ból. - Dobrze, już... usiądź. Nie panikuj. Przecież nie umrę. - Czy ona się prawie na tych schodach zabiła kiedy tak biegała w tę i nazad? Wziął od niej mikstury i łyknął je jedna po drugiej. Nie były dobre, ale nie musiały być. Żeby dobrze leczyło to musi być niedobre, czy jak to powiedzenie leciało. Zrobił to w miarę kontrolowanie. Ręce mu drżały ale nie dygotały aż tak, żeby nie utrzymał fiolek. - Zaraz... będzie lepiej. Spokojnie. - Mówił to i znów się pod nosem uśmiechnął. To było miłe. Tak miłe, że nawet ta wzbierająca w nim żałość ustąpiła, zastąpione miejsce czymś lepszym, spokojniejszym. Victoria mogła przypominać noc, ale niosła ze sobą światło dnia.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.