21.06.2023, 11:14 ✶
Transparentność i demonstracja siły przed wrogami ich sprawy była bardzo ważna. Na zewnątrz, jako wspólny front, musieli sprawiać wrażenie zjednoczonej i przytłaczającej siły, bo śmierciożercy choć mniej liczni, niż ich przeciwnicy, nie odstawali ambicjami. Jednak jeśli przyjrzeć się organizacji od wewnątrz, nie dało się uniknąć odczucia wewnętrznych tensji wśród zaangażowanych. Nie brakowało wśród nich idealistów, mimo wszystko wysoko postawione rody miały swoje aspiracje i żadne nie chciało wyjść z tej wojny gorzej, niż wchodziło. Bo skoro angażowali naprawdę spory kapitał, zarówno jak i ten z majątku i ludzki, potrzebowali rekompensaty w postaci pozostałych przywilejów jakie mogły na nich spłynąć, kiedy uda się im w końcu postawić na swoim. A stołków na szczycie ich hierarchii była naprawdę ograniczona ilość. Bez wątpienia rodziny Lestrange i Black musiały się w tym wspierać wzajemnie, by zadbać o swoją pozycję.
- Swoją drogą, moja słodka... - zwrócił się do kuzynki, zawieszając wzrok gdzieś na horyzoncie ciasnej uliczki - - jak się zapatrujesz na swoje panieństwo? Planujesz sama, czy czekasz, aż zrobią to za Ciebie? - zadziorny uśmieszek z nutą nonszalancji. Zmienił odrobinę temat, wchodząc być może nieco bezczelnie w nieswoje życie matrymonialne, ale skłamałby gdyby powiedział, że wcale nie interesują go niuanse z życia rodzinnego. Zdążył usłyszeć co nieco salonowych plotek, ale zdecydowanie wolał zweryfikować je u źródła zamiast powielać półprawdy. No i nie było się czemu dziwić, Trixie była już w odpowiednim wieku by zacząć myśleć o małżeństwie, a wobec rodzinnych tradycji dobrą strategią było wyprzedzenie ich i znalezienie sobie partnera, czy też partnerki zanim swatki zrobią to za młodych, wbrew ich upodobaniom. Louvain dobrze o tym wiedział.
W końcu na końcu uliczki dostrzegł znajomą mu postać Chruścika, który nieco stremowany, ale zgodnie z poleceniem swojego pana pojawił się tam gdzie mu nakazano. Kiedy skrzat i Lou przecięli się spojrzeniem, surowym i karnym wzrokiem zmobilizował swojego sługę do zdecydowanego działania. Ten w odpowiedzi zagęścił swoje ruchy, pośpieszył w kierunku budynku redakcji i wszedł do środka, na piętro. Nie musieli zbyt długo czekać, bo raptem kilka minut później w okiennicy, którą wcześniej Lou wskazał kuzynce, zapaliła się świeca dając mu wyraźny sygnał do działania. - Już pora... - wyszeptał w stronę Belli. Wstał od stolika, machnął banknotem w stronę kelnera, zostawiając go na stoliku. Następnie, nie zapominając o dobrych manierach, ponownie odsunął krzesło dla wstającej towarzyszki i podstawił jej ramię do wspólnej teleportacji. Przeniósł ich kiedy tylko Trixie dotknęła, tuż przed drzwi samej redakcji wewnątrz budynku, a przypadkowi świadkowie z kawiarenki czy przechodnie z ulicy, nie mieli pojęcia że przenieśli się w rzeczywistości raptem o kilkadziesiąt metrów dalej, po drugiej stronie ulicy. - Zabawimy się troszkę, ale najpierw włóż maskę kochana. - mówiąc to jego twarz momentalnie przybrała złowrogie rysy, a oczy same mówiły o podłych zamiarach jakie w nim tkwiły. Wyjął różdżkę z wewnętrznej kieszeni marynarki i nacisnął na klamkę. Gdy drzwi się otwarły na wprost nich ujrzeli bogate i sporych rozmiarów biurko szefa redakcji przy którym rościła sobie prawo do goszczenia skrzata, podrzędna redaktorka jaką była Grace. W pierwszej chwili kiedy kobieta dostrzegła ich dwójkę, przerażenie wypełniło ją na wskroś, gdyż dobrze wiedziała co symbolizują maski nałożone na twarze jej nowych gości. Dwie, lub trzy sekundy konsternacji, a potem szlama rzuciła się do systemu alarmowego zamontowanego na ścianie między nimi. Jednak pozbawiona jakiejkolwiek gracji w poruszaniu się na wysokich szpilkach, dała odpowiednią swobodę do działania Louvainowi. Machnął różdżką, a dywanik spod jej stóp na którym stała, z błyskawicznie wyrwał się do przodu, sprawiając, że mugolka kompletnie straciła równowagę i padła na ziemię. Szatyn dopadł do niej i z impetem nastąpił na jej dłoń, przybijając ją jeszcze bardziej do podłogi. - Ta twoja wyrywność wpędzi Cię kiedyś do grobu Jennet. - zwrócił się po raz pierwszy dzisiaj do swojej ofiary. - Mamy trochę do pogadania szlamo. Odwrócił się na moment w kierunku skrzata, który siedząc na fotelu przy biurku obserwował wszystko ze zdumieniem, choć dobrze wiedział co może tutaj zajść, skinięciem głowy w kierunku drzwi wejściowych nakazał mu się ulotnić, bo nie był już tutaj dłużej potrzebny.
- Swoją drogą, moja słodka... - zwrócił się do kuzynki, zawieszając wzrok gdzieś na horyzoncie ciasnej uliczki - - jak się zapatrujesz na swoje panieństwo? Planujesz sama, czy czekasz, aż zrobią to za Ciebie? - zadziorny uśmieszek z nutą nonszalancji. Zmienił odrobinę temat, wchodząc być może nieco bezczelnie w nieswoje życie matrymonialne, ale skłamałby gdyby powiedział, że wcale nie interesują go niuanse z życia rodzinnego. Zdążył usłyszeć co nieco salonowych plotek, ale zdecydowanie wolał zweryfikować je u źródła zamiast powielać półprawdy. No i nie było się czemu dziwić, Trixie była już w odpowiednim wieku by zacząć myśleć o małżeństwie, a wobec rodzinnych tradycji dobrą strategią było wyprzedzenie ich i znalezienie sobie partnera, czy też partnerki zanim swatki zrobią to za młodych, wbrew ich upodobaniom. Louvain dobrze o tym wiedział.
W końcu na końcu uliczki dostrzegł znajomą mu postać Chruścika, który nieco stremowany, ale zgodnie z poleceniem swojego pana pojawił się tam gdzie mu nakazano. Kiedy skrzat i Lou przecięli się spojrzeniem, surowym i karnym wzrokiem zmobilizował swojego sługę do zdecydowanego działania. Ten w odpowiedzi zagęścił swoje ruchy, pośpieszył w kierunku budynku redakcji i wszedł do środka, na piętro. Nie musieli zbyt długo czekać, bo raptem kilka minut później w okiennicy, którą wcześniej Lou wskazał kuzynce, zapaliła się świeca dając mu wyraźny sygnał do działania. - Już pora... - wyszeptał w stronę Belli. Wstał od stolika, machnął banknotem w stronę kelnera, zostawiając go na stoliku. Następnie, nie zapominając o dobrych manierach, ponownie odsunął krzesło dla wstającej towarzyszki i podstawił jej ramię do wspólnej teleportacji. Przeniósł ich kiedy tylko Trixie dotknęła, tuż przed drzwi samej redakcji wewnątrz budynku, a przypadkowi świadkowie z kawiarenki czy przechodnie z ulicy, nie mieli pojęcia że przenieśli się w rzeczywistości raptem o kilkadziesiąt metrów dalej, po drugiej stronie ulicy. - Zabawimy się troszkę, ale najpierw włóż maskę kochana. - mówiąc to jego twarz momentalnie przybrała złowrogie rysy, a oczy same mówiły o podłych zamiarach jakie w nim tkwiły. Wyjął różdżkę z wewnętrznej kieszeni marynarki i nacisnął na klamkę. Gdy drzwi się otwarły na wprost nich ujrzeli bogate i sporych rozmiarów biurko szefa redakcji przy którym rościła sobie prawo do goszczenia skrzata, podrzędna redaktorka jaką była Grace. W pierwszej chwili kiedy kobieta dostrzegła ich dwójkę, przerażenie wypełniło ją na wskroś, gdyż dobrze wiedziała co symbolizują maski nałożone na twarze jej nowych gości. Dwie, lub trzy sekundy konsternacji, a potem szlama rzuciła się do systemu alarmowego zamontowanego na ścianie między nimi. Jednak pozbawiona jakiejkolwiek gracji w poruszaniu się na wysokich szpilkach, dała odpowiednią swobodę do działania Louvainowi. Machnął różdżką, a dywanik spod jej stóp na którym stała, z błyskawicznie wyrwał się do przodu, sprawiając, że mugolka kompletnie straciła równowagę i padła na ziemię. Szatyn dopadł do niej i z impetem nastąpił na jej dłoń, przybijając ją jeszcze bardziej do podłogi. - Ta twoja wyrywność wpędzi Cię kiedyś do grobu Jennet. - zwrócił się po raz pierwszy dzisiaj do swojej ofiary. - Mamy trochę do pogadania szlamo. Odwrócił się na moment w kierunku skrzata, który siedząc na fotelu przy biurku obserwował wszystko ze zdumieniem, choć dobrze wiedział co może tutaj zajść, skinięciem głowy w kierunku drzwi wejściowych nakazał mu się ulotnić, bo nie był już tutaj dłużej potrzebny.