30.06.2023, 13:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.06.2023, 13:24 przez Alastor Moody.)
Kiedy tylko zaczęła mamrotać jego nazwisko, Alastor parsknął.
- To było pytanie? Spodziewałaś się tutaj kogoś innego niż jakiś Moody? - Zapytał, wycierając twarz rękawem. - Młoda, zaraz dobije północ, nawet Harper poszła już do domu...
Widział, jak się wzdrygnęła, budząc się z najwyraźniej głębokiego snu. Odbitka dokumentów na twarzy. Zaspany głos. Z tego już się nie zaśmiał, bo widział w tym przecież odbicie siebie. Niejednokrotnie już budził tak kogoś, karcąc go za trzepanie kolejnych nadgodzin, a sam jak totalny hipokryta wracał do pracy. Był tym typem, który pracował za innych. Typem, który jeździł na wszystkie najbardziej niewygodne wyjazdy, brał zmiany we wszystkie święta, żeby inni mogli spędzić Yule z rodziną. Dlatego też wiedział dobrze, że jeżeli chciała tu z jakiegoś powodu zostać, to w drugim pomieszczeniu znajdowała się całkiem wygodna kanapa... Ciężko było stwierdzić, czy Moody posiadał poza pracą jakiekolwiek życie, ale patrząc na to, że jego ojciec był niemal identycznym człowiekiem, to wątpliwe było, żeby w ich domu rozmawiało się o czymkolwiek innym niż sprawy Biura. To był pracoholizm, w wyjątkowo niezdrowym okazie - stał przed nią człowiek, który nigdy nie mówił o swoim prywatnym życiu, nie miał żony ani dzieci, chyba tylko Bóg wiedział, czy posiada jakichś przyjaciół spoza pracy, czy jego znajomości ograniczały się do tego małego uniwersum w Ministerstwie Magii.
- Tia... idę się wreszcie wyspać, mam pierwsze wolne od dwóch tygodni. Tobie radzę to samo, bo wyglądasz na przemęczoną, a pewnie nie masz za sobą aż takiego cugu jak ja.
Jutro właśnie miała być pełnia.
- Jeżeli będziesz potrzebowała pomocy, możesz przyjść z tym do mnie po moim powrocie.
I to był chyba pierwszy raz, kiedy nie zapytał o detale takiej sprawy od razu. Normalnie był wścibski i zechciałby w czymś takim od razu pomóc. Teraz, wyjątkowo, jak nigdy przez wszystkie ich lata wspólnej kariery, wyraźnie nakreślał w słowach swoją nieobecność, nie odwlekając jej w żaden sposób, traktując ją jako coś nieuchronnego.
- To było pytanie? Spodziewałaś się tutaj kogoś innego niż jakiś Moody? - Zapytał, wycierając twarz rękawem. - Młoda, zaraz dobije północ, nawet Harper poszła już do domu...
Widział, jak się wzdrygnęła, budząc się z najwyraźniej głębokiego snu. Odbitka dokumentów na twarzy. Zaspany głos. Z tego już się nie zaśmiał, bo widział w tym przecież odbicie siebie. Niejednokrotnie już budził tak kogoś, karcąc go za trzepanie kolejnych nadgodzin, a sam jak totalny hipokryta wracał do pracy. Był tym typem, który pracował za innych. Typem, który jeździł na wszystkie najbardziej niewygodne wyjazdy, brał zmiany we wszystkie święta, żeby inni mogli spędzić Yule z rodziną. Dlatego też wiedział dobrze, że jeżeli chciała tu z jakiegoś powodu zostać, to w drugim pomieszczeniu znajdowała się całkiem wygodna kanapa... Ciężko było stwierdzić, czy Moody posiadał poza pracą jakiekolwiek życie, ale patrząc na to, że jego ojciec był niemal identycznym człowiekiem, to wątpliwe było, żeby w ich domu rozmawiało się o czymkolwiek innym niż sprawy Biura. To był pracoholizm, w wyjątkowo niezdrowym okazie - stał przed nią człowiek, który nigdy nie mówił o swoim prywatnym życiu, nie miał żony ani dzieci, chyba tylko Bóg wiedział, czy posiada jakichś przyjaciół spoza pracy, czy jego znajomości ograniczały się do tego małego uniwersum w Ministerstwie Magii.
- Tia... idę się wreszcie wyspać, mam pierwsze wolne od dwóch tygodni. Tobie radzę to samo, bo wyglądasz na przemęczoną, a pewnie nie masz za sobą aż takiego cugu jak ja.
Jutro właśnie miała być pełnia.
- Jeżeli będziesz potrzebowała pomocy, możesz przyjść z tym do mnie po moim powrocie.
I to był chyba pierwszy raz, kiedy nie zapytał o detale takiej sprawy od razu. Normalnie był wścibski i zechciałby w czymś takim od razu pomóc. Teraz, wyjątkowo, jak nigdy przez wszystkie ich lata wspólnej kariery, wyraźnie nakreślał w słowach swoją nieobecność, nie odwlekając jej w żaden sposób, traktując ją jako coś nieuchronnego.
fear is the mind-killer.