Wyglądało to jak spotkanie złoczyńców. Nikt nic nie mówi, tylko cisza między nimi, cichy szum miasta, jakiś świst rury wypuszczającej dym z kotła, bo ktoś coś warzył za ścianą, albo właśnie gotował sobie mak. Ewentualnie smaczny obiadek. Tutaj zawsze lepiej było zakładać, że cienie uliczek skrywają dla ciebie coś niedobrego. I że na pewno to "coś niedobrego" dobierze się do twojej dupy, jeśli pozwolisz temu się ostać. To jednak jeszcze nie tutaj. Tutaj tylko przy odrobinie nieszczęścia wdupisz się w większe tarapaty niż chciałeś w ogóle pchając się na Nokturn. Ludzie tędy przemykali, udając albo bardzo porządnych, albo umykając przed światłami latarni, które mogłyby ich zdradzić czy rzucić na nich jakąkolwiek drobinę światła. I było coś zabawnego w tym, że to właśnie osoba pilnująca porządku i za złolami latająca zachowała się jak jeden z nich. Bo sporo spotkań Sauriela w tym miejscu tak wyglądała. Jakby nigdy nic, wymiana parę słów, przedmiotów - i każdy szedł dalej, w swoją stronę.
- Nie przyniosłaś arbuza. - Zaczął, kiedy kobieta odpaliła papierosa. Prawie jak w powieści noire. Piękna kobieta wchodzi do ciemnego zaułka spotkać się z niebezpiecznym gościem. Ma dla niego informacje, których potrzebuje. Jeśli wszystko się uda, odsuną wyrok... Tak, zdecydowanie mogło to zabrzmieć jak powieść noire. Klimacik był wręcz inspirujący. Zamiast nakładać presje dawał taki przyjemny efekt rozluźnienia. Nawet jeśli sytuacja wcale nie była rozluźniająca. - William Wacher. Mężczyzna, któremu wpierdoliłem, za co Brenna mnie skuła. Nakapowałem na niego, trochę pod wpływem chwili. - Trochę... byłeś wkurwiony, więc nie miało znaczenia, JAK gość oberwie, widziałeś tylko efekt - że oberwie. Tylko że to ciągnęło za sobą konsekwencje. Taak, Sauriel bywał zdecydowanie zbyt impulsywny. Choć i tak zachowywał ostrożność. - Wiem, że Brenna gościa szuka, wysłała mi portrety. Zanim go znowu znalazłem był nalot brygadzistów na jedną z dziupli. - Robi się z tego problem, który chyba akurat Victoria rozumiała bez tłumaczenia tego. Jak wsypujesz ziomków, nawet jeśli wrogi, stajesz się konfidentem. I masz przejebane. Nie ważne, czy wróg, czy nie - nie peplasz brygadzistom ani aurorom. - A że szukałem gościa to zrobiło się niewygodne. - Dopowiedział apropo tego tematu. Może i sporo ludzi było kretynami - ale niektórzy łączyli wątki. I nagle tworzyło się małe piekiełko. - Problem w tym, że Will gotował z dwójką kolesi, Jacem i Thomasem. Podejrzewam, że twoja koleżanka nawet jeśli już nie siedzi im na ogonie, to wpadnie na ich trop. A ja nie mogę gości znaleźć. - Generalnie... to nie była fajna sytuacja. Nie. Była chujowa. Jeśli Sauriel miałby to załatwiać to... poszedłby zabić Brenne. Od tego by zaczął. Owszem, powodowałoby to komplikacje, ale cóż, przecież nie można powiedzieć, że Brenna była sympatyczką Śmierciożerców, prawda? Tak czy siak - chciał to załatwić inaczej. Delikatnie. Ale nie bardzo uważał, że był w stanie załatwić to sam.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.