Komedia nie przyozdobiła tego widoku, choć i tak z boku, dla kogoś nieznającego sytuacji, rzeczywiście mogło to wyglądać zabawnie. Tak, jak mama dbająca o swojego synka, który przyszedł właśnie z zabaw i cały się utytłał. Piękny widok, wzruszający wręcz. Nie było jednak chusteczki polizanej ani opierdzielu słownego, że on gdzie się szlajał. Bo nie było to w zasadzie zabawne. I nie, nie było z czego się cieszyć. Normalnemu człowiekowi nie było co się cieszyć...
- To źle? Ja podziwiam. Zazdroszczę, jakie to badassowe. - Tak przynajmniej uważał on, ale to prawda, że trawa zawsze zieleńsza... i tak dalej. Fakt był taki, że odpowiednie wysportowanie pozwalało przetrwać. Przede wszystkim dyktowało to, co jest najważniejsze w pojedynkach - prawo pierwszeństwa. Jasne, tutaj była pułapka. Sauriel nie był wybitny z zaklęć w większości, ale to, że miał diabelny refleks w porażającej ilości przypadków zwyczajnie wygrywało pojedynek. I nie było w zasadzie żadnego pojedynku w efekcie. Ale nie uwsteczniał się. Ćwiczył. Głównie z Josephem. - Proponuję zacząć od codziennego biegania. - Brzmi głupio? Głupie nie było. Bieganie wzmacniało i jeszcze byliśmy daleko o mówieniu o "budowaniu mięśni" i w ogóle. Sauriel też specjalistą, broń borze, nie był. Natomiast jemu to pomogło. Przecież to nie tak, że od zawsze był po prostu "silnym gościem". - Nie wiem czy wy tam macie jakieś... treningi aurorskie... - W zasadzie nie miał pojęcia jak wygląda standardowe przygotowanie aurora do pracy w terenie. Czy mieli w Ministerstwie zapewnione jakieś... no właśnie - zaplecze treningowe? Miejsce chociażby, albo jakiegoś no instruktora? Czy może jednak byli wszyscy tacy pyszni, żeby uznać, że nie, no przecież nie ma potrzeby żeby kogoś uczyć samoobrony, mamy magię!
- Ay. - I dlatego nie było mu wstyd, bo niby czego? A za pierwszym razem to nie nawet jego nieuwaga go wywaliła. - Dostałaś kiedyś czarnomagicznym zaklęciem? Niewybaczalnym, tak w konkrecie? - Zapytał z ciekawości. Bo był ciekaw, czy znała to uczucie i miał nadzieję, że jednak nie. Pytał, a przy okazji robił jej oględziny. Czy NA PEWNO nic jej nie jest, mogąc się teraz na niej skupić, kiedy rausz minął. Schodziła z niego ta magiczna adrenalina, która nie mogła w niego wejść, bo nie miał krwi. Ale schodziła. Dopamina? Hm. Wyciągnął fajkę w jej kierunku i odpalił jej ją, kiedy przyłożyła do ust. Dzisiejsza noc chyba będzie ułożona pod gwiazdozbiorem fajki.
- Za bardzo dyskretni nie byliśmy. Debilizm. - Bo mogli jednak pomyśleć, że naprawdę KTOKOLWIEK mógł tam wejść i że mogli mieć z tego kłopoty. ALe nie, tutaj się nie popisali. - Ten zakład... dogadamy może potem. Ale skoro ja mam zakładać sukienkę, to ty ubierzesz to seksi wdzianko. - Chciał trochę przełamać atmosferę, nie był pewny, jak Victoria się czuje. Nie potrafił tego wyczuć. Ale był spokojny, że nic jej nie jest.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.