Brak stabilności emocjonalnej i mentalnej nie był dla nikogo zdrowy. Tylko jak tu mówić o zdrowiu, kiedy jest się duchem? Albo może właśnie trzeba było mówić o tym TYM BARDZIEJ? Tym głośniej, tym mocniej? Duchowi odmawiano ludzkich przyjemności, trzymały się kotwicy pomiędzy tym światem a Limbo. Jedyne co miały to swój umysł. Czy dało się nie oszaleć trwając przez wieki w ludzkiej powłoce niezdolnej do zmiany, noszącej przez cały czas znamiona własnej śmierci? Nie był to stan zdrowy dla tej osoby, nie był też zdrowy dla otoczenia osób, wśród których się przewijał. Sauriel nie był na tyle mądry, żeby pojmować duchy i prawda była taka, że się ich obawiał. To nie był strach, który by przeżerał, ale wolał, kiedy nie zwracał na nie uwagi, zajęty swoim życiem, swoimi próbami dopasowania się do świata czarodziejów i wytyczenia w nim własnych ścieżek. Spoglądał na świat dużymi, czarnymi oczami i próbował się go nauczyć. Na życie. Duchy zaś do świata żywych się nie zaliczały. Czasami jednak przepływały przed oczami, nawet mówiły, rozmawiały z uczniami, ale jakoś omijały czarnowłosego Kota, który potrafił nawet przed ich wzrokiem umykać w cieniach ścian tej wspaniałej instytucji, jaką szkoła była. Marta, na którą wszyscy tak narzekali i biadolili nie była wcale jednym z wyjątków. Wręcz przeciwnie - biorąc pod uwagę jej impulsywność była tylko powodem, żeby unikać jej nawet bardziej. Nie miał z nią wiele do czynienia. Ten jeden jedyny raz, kiedy wzbudziła w nim tyle współczucia, że pragnął jej pomóc, umknął z pamięci dziecka. Zapisał się, owszem. Nie była to jednak rycina, która wpisywałaby się w pierwsze strony gazet. Mały dopisek, gdzieś na końcu, gdzie publikowane są ogłoszenia i reklamy, więc mały artykuł ginie w zawiasach całości. Dzieci podobno pamiętały dobrze. Skutecznie też jednak zapominały. W mirażu doznań, w zatopieniu barw i smaków, wszystko łątwo zbijało się w jedną pulpę wspomnień. Może kiedyś ją rozparcelujemy, ale to nie był ten dzień.
Albo może to właśnie ten..?
Otworzyły się szerzej dziecięce oczy ze zdziwienia, kiedy wszedł na piętro, a jego nogi nie stanęły na pewnym gruncie. Nie, ten grunt był całkowicie niestały, chociaż podłoga swojej struktury nie zmieniła to zalewały ją fale wody. Nabrał powietrza w płuca, jakby chciał zadać to jakże mądre pytanie "a co tu się stało?", ale żaden dźwięk nie wydobył się z jego płuc. Podniósł wzrok opuszczony pod swoje nogi, którymi przetuptał w miejscu i w końcu cofnął się, chcąc umknąć przed goniącą go falą wody. Zostawił za sobą mokre plamy. Odruchowo przygarnął do siebie torbę założoną na ramię, chcąc chronić wszystko, co zawierała. Jego cenne notatki i zapiski nutowe, podręczniki, które pozwalały się uczyć i zagłębiać wiedzę i magie Hogwartu. Gryfonki, które zobaczył, wyglądały, jakby postanowiły się wykąpać w biały dzień, w swoich szatach i jeszcze ze swoimi rzeczami. I pewnie im też powinien współczuć. I współczuł. Tylko że wyglądało to... no wyglądało dość kuriozalnie. I strasznie dodatkowo, bo przecież co, jeśli on i jego rzeczy też tak skończą? Chciał znowu się odezwać, zaproponować im może pomoc, ale stał jak ten ciołek na tym korytarzu, patrzył i słuchał, zmrożony i z jednej strony mając myśl, że przecież to nie była jego sprawa, że dziewczyny pewnie coś narozrabiały. Tak powinien myśleć, zdecydowanie. Dźwięk znów zaginął mu w gardle i nigdy z tej gardzieli się nie wydostał.
Dziewczyny minęły go dokładnie tak, jak on mijał duchy. Jakby w ogóle go tam nie było.
Obejrzał się za nimi z lekkim żalem i smutkiem, że to znowu się stało. A potem wolnym i niepewnym krokiem, pośród szeptów i półsłówek obrazów, między ich naradami, podszedł do łazienki, z której dochodził dziewczęcy płacz. I podskoczył jak zbrodniarz, złodziej, który zakradał się właśnie do kusząco otwartych drzwi skarbca, kiedy usłyszał głos Irytka. Poślizgnął się na podłodze, ale zdążył złapać drzwi, żeby nie wyrżnąć. Czy takie słowa naprawdę powiedziały tamte dziewczyny? Irytek - każdy go znał. I każdy go nie lubił. Płatał dowcipy bez żadnego opamiętania, które raniły i krzywdziły. Ale jakoś Saurielowi powoli było to obojętne. Przynajmniej dopóki nie dotykały jego. Bo ten... ten miał go dotknąć.
- Nic takiego nie powiedziałem! - Obruszył się, ale trochę ze strachem. Puścił drzwi, które były jego podporą, ale zanim zdążył się wycofać to przez moment stanął twarzą twarz ze wściekłą i zrozpaczoną Martą. Zimno duchów nigdy nie było przyjemne.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.