Och, właśnie o takich ludzi Pardus nic nie robił! Konkretnych, precyzyjnych, którzy nie tworzyli zajebiście skomplikowanego planu i przy okazji nie komplikowali tego życia sobie i innym wokół. Nie było tego widać pod maską, może to i lepiej, że się uśmiechał pod nosem już czując, że się dogadają. Czarnowłosy wolał działać, nie siedzieć na dupie i przekminiać plan o tym, jak się gdzieś dostać. I nie to, że był takim ignorantem, żeby nie zdawać sobie sprawy, jak bardzo istotna bywała to część przedsięwzięć. Po prostu jemu samemu się nie chciało. A kiedy mówili o takich rzeczach jak dobranie się komuś do dupy, komuś takiemu jak mugolaki, to potrafił się zacząć wkurwiać, gdy ktoś wykładał całą tyradę na temat tego, jak dostać się do środka, jak zabić, jak... ech. Szczególnie, że potem docierało do akcji i wszystko brało na łeb na szyję. Oczywiście mogła być to też częściowo jego wina, że nie miał cierpliwości na nadmierną finezję, kiedy nie widział takiej potrzeby, ale to... szczegół! Koniec końców nie liczyło się JAK. Liczyło się, żebyś zrobił.
- Nie mam. Zakuj, zdaj, zapomnij, kojarzysz takie powiedzonko? - Pewnie nie, gość wydawał się jednym z tych, co w komplecie z kijem w dupie zabierali bycie szkolnym prymusem. Albo coś w ten deseń. On tam jednak chuja wiedział i chuja się znał. I w zasadzie to nic do tego nie miał, bo mógł być analfabetą i Pardusa by to grzało. Szczególnie, że nie byli tutaj na spotkaniu towarzyskim. Niby. - Noo i to mi się podoba. Już cię lubię. - I miał to dosłownie na myśli, co powiedział. Oczywiście nie można tutaj mówić o wielkiej przyjaźni, ale gość bez problemu podjął lidership, jego plan był tak prosty, że nawet największy tłuk by zrozumiał i w dodatku był typem szanującym swój czas. A może i nawet cudzy, ale już pal licho z tym - ważne, że swój. Bo jak ktoś szanuje swój czas, to siłą rzeczy ty mogłeś go sobie... poszanować z nim samym? Czy coś. Ale chyba wiecie, o co chodzi! W głosie Sauriela pobrzmiała aprobata - ton poparł wypowiedź.
Nie odpowiedział Nicholasowi na jego słowa, ale skinął głową, by ten nie miał wątpliwości, że Sauriel przyjął to do swojej świadomości. Po prostu. Co prawda było to absolutnie nudne i nijak nie zadowolało jego bestii (bo najlepsza krew to ta wypełniona adrenaliną), ale nie miało to znaczenia. Dla przyjemności można ludziom poobijać mordy na Nokturnie. Dziwne wrażenie otulające jego sylwetkę zniknęło, cofnęło się, rozproszyło, kiedy Sauriel przestał tkać Nocną Marę i przesunął się do salonu, zostawiając Nicholasowi, jak sam uważał, tę o wiele mniej wdzięczną robotę. Nie lubił krzywdzić kobiet. I był jeszcze na tym etapie, gdzie skrzywdzenie dziecka wiązało się z oporem. Oczywiście nikt o tym wiedzieć nie musiał, a nawet nie powinien jeśli o grono Śmierciożerców chodzi. W tej organizacji panowała naprawdę paskudna maniera łamania tych, którzy wykazywali się jakąkolwiek wyrozumiałością, jakimikolwiek zasadami. Już zdążył tego doświadczyć. Więc skoro miał wybór - wybierał dla własnej wygody. A podejrzewał, że skoro mąż jest tu, żona jest albo na górze albo w kuchni. A dzieci... jeśli w ogóle są - na pewno smacznie śpią.
Mężczyzna zbliżył się do salonu, żeby ocenić najpierw sytuację. Nie było słychać tam ruchu, może w ogóle zauważony mężczyzna tam spał? Nie. Siedział z gazetą przy zapalonym świetle i kubkiem... czegoś. Ogień wesoło trzaskał w kominku, a sielankowa atmosfera podkreślona była świątecznymi dekoracjami, które jeszcze nie zostały ściągnięte. Wszystko wyglądało tak ładnie. Tak rodzinnie. Jak coś, co chciałbyś złapać w swoje dłonie, chciałbyś mieć, ale nie możesz tego objąć. Nie miało to żadnego znaczenia. Przecież w tym momencie był na polowaniu.
Wsunął się do wnętrza, prześlizgując się może i nawet w polu widzenia mężczyzny, który siedział nie do końca w pełni obrócony plecami do przejścia z korytarza do salonu, ale doskonale wiedział, na co go stać. Tutaj nie było mowy do pomyłek - mógł być czarną owcą rodziny, ale był Rookwoodem, czy to się podobało co poniektórym czy nie. Tak, by znaleźć się za plecami mężczyzny. I zbliżyć się - ze schowaną różdżką, przesuwając swoją maskę na bok. I położyć na nim swoje lodowate palce. Dalej to był moment. Zakrycie jego ust, przytkanie nosa, zaciśnięcie ramienia na jego torsie i wbicie kłów w jego szyję. Zduszony krzyk wydobył się z ust mężczyzny. Wierzgnął, próbował się wyrwać, ale to było zupełnie bezskuteczne. Siły upływały z niego w tempie natychmiastowym - pochłaniane przez krew i przez dłonie, pozostawiając go zimnym, by samego siebie chociaż na chwilę ogrzać - wewnętrznie. By pozwolić sobie na okrycie się tą czerwoną, upojną mgiełką, przez momencik zagłuszyć pragnienie.
Mężczyzna osłabł w objęciach wampira. Sauriel oderwał w końcu od niego usta, oblizując się z ukontentowaniem. Popchnął go, pozbawionego sił, na sofę, by złapać za poduszkę i przycisnąć ją do jego twarzy. Reszta była czekaniem. Minuta. Dwie. Trzy. Nasłuchiwał dźwięków z góry. W końcu oderwał przyciśniętą poduszkę i sprawdził, czy mężczyzna jeszcze dycha. A kiedy upewnił się, że nie - zostawił go tutaj. Złapał jeszcze kubek, żeby powąchać, co było w środku. Gorąca czekolada. Odstawił go na miejsce, zrobił kilka kroków po pomieszczeniu, nim wyszedł z powrotem na korytarz.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.