Musiał się pilnować tylko i wyłącznie w jednej rzeczy: nie pozwolenia sobie na to, żeby wychlać za dużo. Nie mógł stworzyć kolejnego wampira. To znaczy - mógł, ale nie chciał zostać ojcem jakiegoś mugolaka. I nie chodziło o to, że krew nieczysta, że rasizm, że... cokolwiek takiego! Nie był gotowy na tacierzyństwo, ot co. A potem byłby problem z takim wampirzym bachorem, weź to odchowaj. Widział na własnym przykładzie, że to wcale nie było proste, bachor wariował, siadał w kącie gotów zapisać się emo-tional groupe i ciąć sobie żyły. Pryz czym bezskutecznie, bo krew i tak nie miała szans już z nich polecieć. Wypicie całej krwi przez wampira z człowieka wiązało się bowiem niestety z tym, że z jakiegoś powodu klątwa była przekazywana dalej. I takim sposobem powstawały takie smrodki-kaszojadki, wampirze pomioty, które często przez nieodpowiedzialnego rodzica wampirzego (bo jak to inaczej nazwać?) biegało i siało spustoszenie i... w ogóle było do dupy.
Brakowało tylko tego, żeby stojąc na tym korytarzu Sauriel zaczął sobie dłubać w kłach. Przez moment czekał, wsłuchując się w te dźwięki, słysząc to uderzenie ciała o podłogę. Wszystko odbyło się w tak idealnej ciszy, że mógłby to wręcz nazwać muzyką. Tą najbardziej przerażającą. Bo głuchą. Nie będzie tutaj już kołysanek na dobranoc ani czułych słówek przy rodzinnym stole. Już nic nie miało się tu rozegrać. Tylko Śmierć cicho stąpająca w swoich pantofelkach po miękkich dywanach. Więc nie było dłubania w zębach, była ponura akceptacja tego otoczenia i zadowolenie, rozpieszczenie samego siebie z powodu przyjemnego zastrzyku energii. Choć, jak każdy szanujący się kot, po zjedzeniu Sauriel mógłby iść spać. Albo przynajmniej poleżeć. Sauriel spojrzał na komodę, koło której stał, gdzie były rodzinne zdjęcia, jakieś książki... położył palec na krańcu posążka przedstawiającego kota i zaczął go powoooli przesuwać do krańca mebla, kiedy tak czekał przez chwilkę tylko na towarzysza. Bardzo krótką chwilkę. Gliniany kotek nie dotarł na skraj mebla i nie spotkał się z brutalnym rozbiciem o podłogę.
- Ay, ay, kapitanie. - Mruknął, spoglądając na towarzysza od góry do dołu. Ygh, te szaty... jebane szlafroki, ciągle nie rozumiał, kto to w ogóle wymyślił. No ale trudno. Jak już mają być współczesny ku kux klanem to niech będzie. Przynajmniej biel została zamieniona na stylową czerń. A mógłby być róż... Totalnie, ale to by było wydupione w kosmos. - Chcesz kakałko? - Możliwe, że były o wiele bardziej bystre i odpowiednie pytania do zadania w tej sytuacji. Mimo zresztą tego pytania skierował się do wyjścia. Spojrzał tylko na mijane schody, zastanawiając się, czy faktycznie są tam trupy. Ale tak po prawdzie - nie obchodziło go to. Mogli nawet tam przeżyć, mógł pozwolić im uciec, mogło się stać wszystko. Sauriel i tak by powiedział w raporcie to samo. "No umar."
- Wiesz, że w 1386 roku we Francji aresztowano świnię? Zaatakowała dziecko, które zmarło od ran. Potem świnię trzymano w więzieniu, a następnie stanęła przed sądem za morderstwo. Została uznana za winną, a następnie stracona przez powieszenie. - Odezwał się totalnie z dupy, kiedy wyszli na ulicę. No bo... co miał robić? Tak iść dalej w ciszy? Dziwnie tak. Nie to, żeby porównał Nicholasa do świni, było to przypadkowe i niecelowe. Nie wiedział, że zabił dziecko, mimo wszystko. No i o czym może dwóch morderców gadać po... morderstwie. Brzmiało jak wstęp do dobrego kawału, tylko Sauriel nie miał pomysłu jak go skończyć. Może: wychodzi dwóch Śmierciożerców z miejsca zbrodni. Jeden mówi: uważaj, w gazecie pisali, że szukają mordercy mugoli. Na to drugi: wiem, wysłałem CV i list motywacyjny.
Może jednak nie był taki kiepski w te żarciki, jak tak o tym pomyślał..?
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.