Śmierć była kojąca. Była wybawieniem, ratunkiem. Sauriel myślał o niej dzień w dzień, każdego wieczoru, każdego poranka. Kiedy szedł spać i kiedy się budził. Kiedy czasami spoglądał w dół stojąc na balkonie, albo kiedy akurat spoglądał na Tamizę. Bo skoczyć, pozwolić się jej pożreć - tej ciemnej wodzie - to byłoby wybawienie. Największym rozczarowaniem jego życia było to, że przeżył. Zmarł i powstał jako ktoś, kogo ubić o wiele ciężej. I jednocześnie o wiele łatwiej się zabić. Paradoks. "Nie jesteś wystarczająco odważny" - tak mówił mu mózg, kiedy myślał o tym, żeby na słońce wyjść, by z tym wszystkim skończyć. A potem pojawiła się Victoria i nagle... to wszystko przestało być aż tak straszne. A potem jego dusza została boleśnie przecięta konsekwencją jego własnych działań. Jego odpierdalającego umysłu. I... w końcu o tym prawie wcale nie myślał. Sumienie? Nie. Wyrzuty? Żadnych! Miał w końcu czysty umysł! Przyćmiewany jeszcze czasem przez jakieś echo, ale im dalej od Beltane tym lepiej się czuł. Prawie teraz z ekscytacją potrafił wyczekiwać kolejnych ciekawych zawirowań rzeczywistości wokół siebie. Chciał, żeby Śmierciożercy puszczali jego smycz, chciał jak każdy kot - bawić się. Ganiać za myszami i przecinać je swoimi pazurami. Sprawdzać, ile czasu wytrzymają i czy będą piszczeć tak samo. W końcu je zostawić. Przecież był rasowym kotem wbrew obiegowej opinii. Przecież nie zje byle myszy. Ale Śmierć potrafiła mieć bardzo wiele oblicz. Dla ciebie mogła być kojąca, dla innych mogła być tragedią. I w końcu, jak uważała Victoria, po drugiej stronie była ponoć tylko pustka. Pustka i oczekiwanie na najbliższych.
Opuścił ramiona, kiedy ona zrobiła krok w tył ze swoim nieobecnym spojrzeniem. Tak, wspomnienie. To wyglądało jak jeden z tych momentów, kiedy odpływała i nie wiadome było, co dzieje się w jej głowie. Odetchnął ciężko, mając nadzieję, że nic dziwnego się tutaj nie odjebie, bo naprawdę nie miał na to ochoty do kompletu. I ona też na pewno nie miała. Nie potrzebowała tego, ale to jej nie wybrało. Poniekąd. W końcu dobrowolnie wskoczyła do miejsca, które nie mogło być niczym dobrym. Czasem decyzje były nam narzucane, a czasami sami się w nie wrzucaliśmy, chcąc zrobić coś, cokolwiek, lepszego dla tego świata. A tu i teraz?
- Tak, to ja... - Mruknął, nie zbliżając się teraz do niej i nie próbując jej łapać. Obserwował ją tylko uważnie, jak odzyskuje światło w oczach i jak niemal na oczach zaczyna się prawie że zginać, składać, jak origami. Coś, co miało stworzyć nową Victorię - połączenie jej samej i jej prababki, która powinna była już pozostać w tym Limbo. Jak widać musiała zostawić swojej kochanej wnuczce jakiś dziwny prezencik. Zamiast wydziergać szalik na drutach, to drutami przedziergała ich wspólne wspomnienia. Mało to babciny prezent. - Właśnie mieliśmy iść do domu, pamiętasz..? - Odezwał się łagodniej i teraz do niej podszedł. Odruchowo chciał ściągnąć kurtkę, żeby narzucić jej na ramiona, ale... przecież ona i tak nie odczuwała zimna. Położył jej ostrożnie dłonie na ramionach i obrócił w odpowiednim kierunku, żeby ją poprowadzić z powrotem dróżką. Ostrożnie, bo nie miał pewności, czy jednak zaraz się coś nie wydarzy. - Niesienie na rękach jest otwartą propozycją. - Gdyby mdlała, gdyby nie miała siły, gdyby... działo się cokolwiek.
Nie wyobrażał sobie, jaki to musiał być koszmar, kiedy tak mieszało ci się w głowie. On by tego nie wytrzymał. Zwariowałby. Mógł tylko podejrzewać, a wyobraźni i tak nie miał za dobrej. Wystarczyło ciało obce jak magia po Beltane i już wszystko stawało na głowie, co dopiero coś takiego... I co tym razem się pojawiło? Chyba nawet nie chciał wiedzieć. Po ostatniej rewelacji chyba nie chciał po prostu wiedzieć. Tam mogło być wszystko, włącznie z kluczem do rozwiązania tej zagadki.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.