20.10.2023, 23:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.10.2023, 23:21 przez Leo O'Dwyer.)
- STO CZTERDZIEŚCI SZEŚĆ CENTYMETRÓW! - powtórzyłem z wrażeniem, bo pełnoletniej osoby z takim wzrostem to ja nie miałem okazji poznać, chyba że gobliny, ale gobliny to nie miały w sobie ani grama urody, tylko antyurodę. Takiego goblina to ja bym nie pocałował, nawet gdyby miało chodzić o zakład i to o grubą kasę. Ale dziewczynę taką piękną to już tak, ja nawet mogłem za karę i w nagrodę, z przypadku i planowanie, i och, i ach. Może się zakochałem, a może po prostu ubóstwiałem. Cóż, zapewne zrobiłbym wszystko dla takiej piękności, tylko że... Czyżby nie chciała się ze mną poznawać? Jak to? Ja miałem urok osobisty większy niż Mount Everest.
Ale ruszyłem za nią, ja ruszyłem wraz z nią od razu, bo chociaż mogła nie chcieć mnie poznać, to ja ją jak najbardziej. I za pierwszymi wrażeniami, szło drugie, trzecie, czwarte piąte, a nawet dwudzieste ósme też bywało.
- Ja zawsze i chętnie podejrzany typ jestem! - odparłem niczym bym przyrzekał słowo harcerza, nawet stanąłem na baczność, patrząc chwilę przed siebie, ale zaraz zniżyłem wzrok na piękną panią. - Może jeszcze nie chcesz mnie poznać, ale wkrótce możesz już jednak chcieć. Taki to mój koci urok - odpowiedziałem zadowolony z siebie i moje usta rozszerzyły się jeszcze bardziej, a oczy... Oczy to mi świeciły blaskiem wszystkich świec, które na wieczór były odpalane na Nokturnie, a do nich można było dodać lampy uliczne, wszystkie lampy uliczne w Londynie, a do tego to jeszcze księżyc, choć ktoś mi mówił, że on odbijał światło słońca, ale przecież nie mógł... Chociaż nie, księżyc to był pfe. To dodajmy lepiej słońce. Jaśniałem słońcem! Czy ja byłem bogiem, bożkiem albo, nie wiem, jakąś nimfą światła? Czy istniały nimfy światła?
A kiedy ta Maya, co mnie poznawać raczej nie chciała, ale tak naprawdę chciała, zadała pytanie o ten Nocturn, to ja się wziąłem niechcący jakby pochyliłem i cmoknąłem ją w policzka, po czym zwiałem, bo wiedziałem, że zje mnie żywcem. Tylko że jak próbowałem uciec do tyłu, to się potknąłem chyba o krzywy chodnik czy inny kamień i rąbnąłem na chodnik do tyłu. Zabolało srogo, ale zaniosłem się śmiechem. Pocałowałem piękną panią Mayę i dostałem... może nie po mordzie, ale po głowie już tak.
- Aniele mój, ty zawsze przy mnie stój - poprosiłem, nie wstając, tylko leżąc. Chyba nie tak łatwo było wyciągnąć informacje od kogoś, kto miał skupienie na poziomie zerowym i ciągle uciekał gdzieś myślami i spojrzeniem.
Ale ruszyłem za nią, ja ruszyłem wraz z nią od razu, bo chociaż mogła nie chcieć mnie poznać, to ja ją jak najbardziej. I za pierwszymi wrażeniami, szło drugie, trzecie, czwarte piąte, a nawet dwudzieste ósme też bywało.
- Ja zawsze i chętnie podejrzany typ jestem! - odparłem niczym bym przyrzekał słowo harcerza, nawet stanąłem na baczność, patrząc chwilę przed siebie, ale zaraz zniżyłem wzrok na piękną panią. - Może jeszcze nie chcesz mnie poznać, ale wkrótce możesz już jednak chcieć. Taki to mój koci urok - odpowiedziałem zadowolony z siebie i moje usta rozszerzyły się jeszcze bardziej, a oczy... Oczy to mi świeciły blaskiem wszystkich świec, które na wieczór były odpalane na Nokturnie, a do nich można było dodać lampy uliczne, wszystkie lampy uliczne w Londynie, a do tego to jeszcze księżyc, choć ktoś mi mówił, że on odbijał światło słońca, ale przecież nie mógł... Chociaż nie, księżyc to był pfe. To dodajmy lepiej słońce. Jaśniałem słońcem! Czy ja byłem bogiem, bożkiem albo, nie wiem, jakąś nimfą światła? Czy istniały nimfy światła?
A kiedy ta Maya, co mnie poznawać raczej nie chciała, ale tak naprawdę chciała, zadała pytanie o ten Nocturn, to ja się wziąłem niechcący jakby pochyliłem i cmoknąłem ją w policzka, po czym zwiałem, bo wiedziałem, że zje mnie żywcem. Tylko że jak próbowałem uciec do tyłu, to się potknąłem chyba o krzywy chodnik czy inny kamień i rąbnąłem na chodnik do tyłu. Zabolało srogo, ale zaniosłem się śmiechem. Pocałowałem piękną panią Mayę i dostałem... może nie po mordzie, ale po głowie już tak.
- Aniele mój, ty zawsze przy mnie stój - poprosiłem, nie wstając, tylko leżąc. Chyba nie tak łatwo było wyciągnąć informacje od kogoś, kto miał skupienie na poziomie zerowym i ciągle uciekał gdzieś myślami i spojrzeniem.