28.10.2023, 16:40 ✶
Ehhhh, nigdy nie umiem pisać takich wstępów.... Okej, to teraz kiedy fałszywą skromność mamy już za sobą, przechodzę do rzeczy.
Jako człowiek, który totalnie nie umie przyjmować komplementów, a jednak zawsze ich jakoś podświadomie łaknie, pluję sobie teraz w brodę, że nie dodałam miliona kategorii do uzupełnienia, bo nie da się ująć całej radości, jaką dało mi to forum w jedenastu podpunktach. Chciałabym obrzucić miłością wszystkich i bardzo dobrze wiem, że każdy zawsze poszukuje wśród nominowanych swojego nicku. Niestety nie mogłam nominować każdego, bo musiałabym wpierw wybuchnąć własne zasady, poza tym nie mogłabym zrobić żenującego rozdania statuetek, a pewnie wszyscy na to czekacie (jedna osoba).
Każdy, kto tutaj gra, widzi pewnie, jak mnie czasem potrafi życie obłożyć pięściami za nic, jak sama sobie umiem robić pod górkę głupimi myślami, jak mi się sypią wszystkie plany na podłogę, trochę jak perły z takiego rozwalonego naszyjnika. I nawet nie wiecie jaką ulgę mi przynosi takie ogólnoforumowe zrozumienie - nigdy mnie w życiu nie otoczyło tyle życzliwych osób, które na mnie po prostu czekają. Nie wiem, czy warto, nie mnie to oceniać zresztą. Ale wiedzcie, że zbudowaliście fortecę komfortu farfoclowi, który się (chyba widać to trochę po moich postaciach, hehe) naprawdę rzadko czuje komfortowo we własnej skórze i z tym co tworzy. Ja należę do tych ludzi, co egzystują w nieustannym stresie, dlatego czasem coś głupiego palnę, albo zarzucę durnym dowcipem. Moglibyście czasem wyjść na mnie z widłami, a jesteście dla mnie tym, kim Alexander jest dla tego cyrku na kółkach - ciepłem. Dziękuję. Naprawdę i szczerze.
Wychylam właśnie piwo i lecę do dna. Wasze zdrowie, SoLowicze. Piszę to do wszystkich - mniej i bardziej aktywnych, tych co odeszli i tych, co zostali, tych co wrócą i przybędą. Czasem mi piszecie, że to jest moje forum i ja je stworzyłam, a mi się zawsze wydaje, że to tak naprawdę wasze forum, bo wy działacie tak, że ja wam daję jakąś iskrę inspiracji, a wy tej iskry używacie do spalenia połowy Pokątnej i zadawania pytań czy możecie pociągnąć tę sumę przypadków dalej.
Dziękuję wam za wszystkie sesje razy sto. W tym polu z nadzieją to bym wpisała całe forum.
Na to, jak piszesz: Moja kandydatka numer jeden to dama o szerokim zasobie słownictwa i dissach ostrych jak noże Flynna. Jest to kobieta wielu talentów, chociaż znalazły się wśród niemogących pogodzić się z jej zajebistością persony, które ją sprowadziły do miana kurwiszcza. A niechże ścierwa dostaną za to czkawki, bo przecież to wspaniała Loretta Lestrange! (Tak, wiem, że mogłam tutaj dopasować każdą jej sesję ever, ale ten list mnie po prostu totalnie rozpierdolił.)
Panie Nott,
proszę potraktować ten list jako eksperyment, myślałam długo o tym, aby do Pana napisać, jednak nie mogłam trafić na godziwe pytanie, warunkujące Pana inteligencję (chociaż nie pokładam w Panu wielkich nadziei z uwagi na Pańskie koneksje rodzinne, sam Pan rozumie…). Myślałam długo, o co bym mogła spytać: ile wynosi 2+2?; jak witają się papieże?; co jest cięższe: kilo mąki czy kilo pierza?
Niestety doszłam do wniosku, że te pytania wprawiłyby Pana w dyskomfort, ale to żaden wstyd nie znać na nie odpowiedzi, proszę się nie martwić.
Proszę mi powiedzieć, co słychać u Philipa. Zaczął wreszcie łysieć?; przestał nosić ten brzydki garnitur?; czy dalej ma tak dobry gust do kobiet?
Na to, jak się wznosisz: Mój kandydat numer jeden, jest najbardziej ukochaną przeze mnie postacią pana współadmina... Wiem, że pewnie wszyscy spodziewaliby się tutaj Elliotta, ale to Charles Rookwood. Ja ogólnie kocham to jak ty Artie piszesz i tworzysz te postacie, ale Charlie to jedna z najbardziej bliskich mojemu sercu postaci młodszych, które się niby wychowały w świadomości, że jest źle, ale on... On zawsze ukazuje sobą, jak przerażająca jest ta młodzieńcza bezsilność wobec koszmaru, jaki zgotowali im dorośli. Wybrałam taki średnio wznoszący cytat, ale to dlatego, że ja nie lubię takich chodzących ideałów, a Rookwood to chłopak, który czuje na plecach wielki ciężar, ale podnosi go i idzie do przodu dla ludzi, których kocha. Patrzę więc na to tak: w odniesieniu do tego cytatu, przeczytajta inne w Ogniu widzieli koniec i spójrzcie, jak walczy. Charlie na Beltane to dla mnie jedno z lepszych dzieł, jakie wyszły spod twojego pióra.
Na to, jak spadasz: Sauriel Rookwood, bo spadasz dla mojego najbardziej hot multi - Czarnego Dzbana. A tak totalnie poważnie, to daję ci tutaj order, bo poza tym, że fajnie tworzysz postać i super piszesz, to po pierwsze - bardzo mieszasz w fabule i jak tu nie dać kciuka w górę, a po drugie - angażujesz w swoje wątki dużo postaci i dajesz im zabłysnąć w miejscach, w których inni by takiej przestrzeni nie dostrzegli. Wrzuciłabym tu pewnie Lekcję dyscypliny, ale moja boska interwencja przerwała wam tę scenkę, więc wklejam twoje cierpienie.
Na to, jak kwitniecie: Brenna Longbottom i Atreus Bulstrode. Nie wiem czy ktokolwiek spodziewał się, że wrzucę tu inną parę, więc nawet się nie produkuję lol.
Na to, jak błyszczycie: William Lestrange i Perseus Black, nominowani przeze mnie za ich udział eventowy + druga część. Ja jebie ale to był (chyba) nieplanowanie komiczny duet.
Na to, jak krwawicie: Victoria Lestrange i Sauriel Rookwood - jasne, że bym mogła podlinkować tutaj cokolwiek w czym się kłócicie, ale po co, skoro jest jeden, wyjątkowy post streszczający wszystko...
Oczarowanie: Peregrinus Trelawney. Pewnie nie zaskoczyłam cię nominacją, bo dobrze już wiesz jak Peregrinusa uwielbiam, ale wierzę, że zaskoczę cię doborem sesji. Może nie wymieniamy się postami jedna po drugiej w jakimś super tempie, ale napisałyśmy już spory kawałek ich historii, a ja nie wkleję żadnej z tych, które jakoś szczególnie pchnęły tę relację lub ich badania do przodu. Mój wybór to pierwszy post, jaki napisałaś na tym forum:
Czasami jak się tworzy postacie dla relacji stojących pod znakiem zapytania, to się okazuje, że fabuła się nie zgrywa. Mi wystarczył ten jeden, drobny uśmiech i wiedziałam, że pan wróżbita będzie za swoim asystentem szlał.
Rozbawienie: Eden Lestrange. KOBIETO NIE MOGĘ PRZY TOBIE ODDYCHAĆ.
Smutek: Mavelle Bones. O nie, jak mi smutno, że im nie wyszło, chlip chlip.
Kłamałam, pisz ze mną więcej sesji o cierpieniu lol.
Siłę: Bertie Bott. Człowiek, który pojawił się tylko dlatego, że jak kiedyś przeglądałam HP Wiki w poszukiwaniu inspiracji, to do mnie dotarło, że to grywalny kanon i herezja nie mogła wytrzymać jak zasugerowałam wiza. Alastor Moody musi być mi bardzo wdzięczny, bo bez niego by się zwyczajnie zapierdolił.
Nadzieję: Alexander Bell. Laska, ja nie wiem jakim cudem przez tyle lat się mijałyśmy na tych forach, bo reraz mam ochotę wydrukować sobie zdjęcie Orlando Blooma i jeb na ścianę nad biurkiem. Gwarantuję ci, że każdy post wymieniony z tobą to jakieś moje nowe, wewnętrzne odkrycie. Oczywiście to plebiscyt to co ja będę tu wrzucać te pełne emocji, na ołtarzyk kładę to:
Jako człowiek, który totalnie nie umie przyjmować komplementów, a jednak zawsze ich jakoś podświadomie łaknie, pluję sobie teraz w brodę, że nie dodałam miliona kategorii do uzupełnienia, bo nie da się ująć całej radości, jaką dało mi to forum w jedenastu podpunktach. Chciałabym obrzucić miłością wszystkich i bardzo dobrze wiem, że każdy zawsze poszukuje wśród nominowanych swojego nicku. Niestety nie mogłam nominować każdego, bo musiałabym wpierw wybuchnąć własne zasady, poza tym nie mogłabym zrobić żenującego rozdania statuetek, a pewnie wszyscy na to czekacie (jedna osoba).
Każdy, kto tutaj gra, widzi pewnie, jak mnie czasem potrafi życie obłożyć pięściami za nic, jak sama sobie umiem robić pod górkę głupimi myślami, jak mi się sypią wszystkie plany na podłogę, trochę jak perły z takiego rozwalonego naszyjnika. I nawet nie wiecie jaką ulgę mi przynosi takie ogólnoforumowe zrozumienie - nigdy mnie w życiu nie otoczyło tyle życzliwych osób, które na mnie po prostu czekają. Nie wiem, czy warto, nie mnie to oceniać zresztą. Ale wiedzcie, że zbudowaliście fortecę komfortu farfoclowi, który się (chyba widać to trochę po moich postaciach, hehe) naprawdę rzadko czuje komfortowo we własnej skórze i z tym co tworzy. Ja należę do tych ludzi, co egzystują w nieustannym stresie, dlatego czasem coś głupiego palnę, albo zarzucę durnym dowcipem. Moglibyście czasem wyjść na mnie z widłami, a jesteście dla mnie tym, kim Alexander jest dla tego cyrku na kółkach - ciepłem. Dziękuję. Naprawdę i szczerze.
Wychylam właśnie piwo i lecę do dna. Wasze zdrowie, SoLowicze. Piszę to do wszystkich - mniej i bardziej aktywnych, tych co odeszli i tych, co zostali, tych co wrócą i przybędą. Czasem mi piszecie, że to jest moje forum i ja je stworzyłam, a mi się zawsze wydaje, że to tak naprawdę wasze forum, bo wy działacie tak, że ja wam daję jakąś iskrę inspiracji, a wy tej iskry używacie do spalenia połowy Pokątnej i zadawania pytań czy możecie pociągnąć tę sumę przypadków dalej.
Dziękuję wam za wszystkie sesje razy sto. W tym polu z nadzieją to bym wpisała całe forum.
Patrzę
Na to, jak piszesz: Moja kandydatka numer jeden to dama o szerokim zasobie słownictwa i dissach ostrych jak noże Flynna. Jest to kobieta wielu talentów, chociaż znalazły się wśród niemogących pogodzić się z jej zajebistością persony, które ją sprowadziły do miana kurwiszcza. A niechże ścierwa dostaną za to czkawki, bo przecież to wspaniała Loretta Lestrange! (Tak, wiem, że mogłam tutaj dopasować każdą jej sesję ever, ale ten list mnie po prostu totalnie rozpierdolił.)
18.07.1972, Londyn
Panie Nott,
proszę potraktować ten list jako eksperyment, myślałam długo o tym, aby do Pana napisać, jednak nie mogłam trafić na godziwe pytanie, warunkujące Pana inteligencję (chociaż nie pokładam w Panu wielkich nadziei z uwagi na Pańskie koneksje rodzinne, sam Pan rozumie…). Myślałam długo, o co bym mogła spytać: ile wynosi 2+2?; jak witają się papieże?; co jest cięższe: kilo mąki czy kilo pierza?
Niestety doszłam do wniosku, że te pytania wprawiłyby Pana w dyskomfort, ale to żaden wstyd nie znać na nie odpowiedzi, proszę się nie martwić.
Proszę mi powiedzieć, co słychać u Philipa. Zaczął wreszcie łysieć?; przestał nosić ten brzydki garnitur?; czy dalej ma tak dobry gust do kobiet?
Z wyrazami szacunku,
LL
LL
Na to, jak się wznosisz: Mój kandydat numer jeden, jest najbardziej ukochaną przeze mnie postacią pana współadmina... Wiem, że pewnie wszyscy spodziewaliby się tutaj Elliotta, ale to Charles Rookwood. Ja ogólnie kocham to jak ty Artie piszesz i tworzysz te postacie, ale Charlie to jedna z najbardziej bliskich mojemu sercu postaci młodszych, które się niby wychowały w świadomości, że jest źle, ale on... On zawsze ukazuje sobą, jak przerażająca jest ta młodzieńcza bezsilność wobec koszmaru, jaki zgotowali im dorośli. Wybrałam taki średnio wznoszący cytat, ale to dlatego, że ja nie lubię takich chodzących ideałów, a Rookwood to chłopak, który czuje na plecach wielki ciężar, ale podnosi go i idzie do przodu dla ludzi, których kocha. Patrzę więc na to tak: w odniesieniu do tego cytatu, przeczytajta inne w Ogniu widzieli koniec i spójrzcie, jak walczy. Charlie na Beltane to dla mnie jedno z lepszych dzieł, jakie wyszły spod twojego pióra.
Nieokiełznany żywioł sprawił, że zatrzymał się przed linią, jaka dzieliła jego i Heather przed bezpiecznym opadnięciem na trawę obok Erika, Danielle i reszty. Był tak blisko, a zarazem tak daleko; zirytowanie wzrosło w nim do granic możliwości. Pomimo zacinającej wichury poczuł jak gorąco i adrenalina nieprzyjemnie ogrzewają ciało, zimnym potem nadchodzącej paniki; nie wiedział co zrobić dalej, Wood osuwała mu się w ramionach. Gdyby był sam zapewne po prostu wskoczyłby w wiatr, nie myślał o konsekwencjach, ale nie wybaczyłby sobie, gdyby swoim brakiem pomyślunku zrobił krzywdę tak bliskiej osobie. Dostrzeżenie niebieskiego ognia sprawiło, że cofnął się o krok i właśnie wtedy nie zdołał też utrzymać nieprzytomnej dziewczyny. Serce zabiło mu mocniej, wcześniejsze zirytowanie zmieniło się już całkowicie w absolutną panikę. Dotarł do swojego psychicznego limitu. Przed oczyma stanęły mu martwe ciała brata i Christie, nie mógł złapać oddechu, a szalejąca dookoła wichura jedynie pogarszała sytuację. Stał tam jak słup soli, jakimś cudem utrzymując się pod naporem szalejącego żywiołu. Nie był w stanie wykonać kolejnego ruchu; był sparaliżowany. Heather przetoczyła się dalej, nieprzytomna. Jeszcze chwile temu czuł jej ciepło, czy mogła być nieżywa? Nie wiedział. Nie chciał wiedzieć. Bał się, że to jego wina. Powinien był ją przytrzymać przy ziemi, a nie ciągnąć w stronę bezpiecznego miejsca.
Histerycznie przyglądał się nadbiegającej w stronę Wood Brennie i wciąż nie był w stanie wykonać ruchu, nawet, aby pomóc sobie.
Panika, definitywnie odbijająca się w całej jego postawie, była widoczna jeszcze chwilę, do momentu aż radzący mu wcześniej jak poradzić sobie z wichurą Alastor wylądował gdzieś dalej od Harper, przy której stał chwile temu. Odrobine go to ożywiło, tak samo jak fakt, że Brenna zakopała się w, z tego co ledwo był w stanie dostrzec, niewielkiej dziurze w ziemi. Ze swoim wzrostem zająłby tam miejsce trzech osób.
Histerycznie przyglądał się nadbiegającej w stronę Wood Brennie i wciąż nie był w stanie wykonać ruchu, nawet, aby pomóc sobie.
Panika, definitywnie odbijająca się w całej jego postawie, była widoczna jeszcze chwilę, do momentu aż radzący mu wcześniej jak poradzić sobie z wichurą Alastor wylądował gdzieś dalej od Harper, przy której stał chwile temu. Odrobine go to ożywiło, tak samo jak fakt, że Brenna zakopała się w, z tego co ledwo był w stanie dostrzec, niewielkiej dziurze w ziemi. Ze swoim wzrostem zająłby tam miejsce trzech osób.
Na to, jak spadasz: Sauriel Rookwood, bo spadasz dla mojego najbardziej hot multi - Czarnego Dzbana. A tak totalnie poważnie, to daję ci tutaj order, bo poza tym, że fajnie tworzysz postać i super piszesz, to po pierwsze - bardzo mieszasz w fabule i jak tu nie dać kciuka w górę, a po drugie - angażujesz w swoje wątki dużo postaci i dajesz im zabłysnąć w miejscach, w których inni by takiej przestrzeni nie dostrzegli. Wrzuciłabym tu pewnie Lekcję dyscypliny, ale moja boska interwencja przerwała wam tę scenkę, więc wklejam twoje cierpienie.
W czerń. W koszulę, bo przecież nie wypadało inaczej pokazywać się w domu, przed ojcem, przed... wszystkimi istotnymi osobowościami, jakie mogły się tu teraz napatoczyć. Oto miał być ten wielki dzień. Kiedy nie tylko język miał być naznaczony fantaomowym, rozgrzanym piętnem, nie tylko dłonie wspomnieniami krwi, ale też i ciało - całkicie fizycznym znakiem. Kiedy szedł przez tutejsze korytarze i rozglądał się po nich zastanawiał się ile lat musiało minąć, żeby dotrzeć do tego punktu i ile śmieci, brudu i zawiści zostało przy tym rozsiane. Czarny Pan był przytłaczający. Sama jego obecność mroziła na wskroś, przenikała do najmniejszych zakamarków duszy. Piętnowała ją również. Nie było miejsca, w którym można się było ukryć. Nie było miejsca, dokąd można było uciec. Mógł o tym pomyśleć wcześniej - dużo wcześniej. Porzucić nadzieje, bo przecież porzucić winni nadzieje ci, którzy tu wkraczają. Teraz myślał o tym jako o głupocie młodości. Naiwności, że jednak coś się zmieni - na lepsze. Nie zmieniało. Przybywało tylko wyzwań, a służba wymuszona strachem budowała coraz wyższe ściany.
Tragedią tej dwójki było to, że obaj sobie wzajem zazdrościli. Jeden szczerości. Drugi - kłamstwa.
- Nie prowokuj mnie. - Złapał gazetę, która wylądowała na stoliku przed nim i podniósł ją, by spojrzeć na ruchome fotografie i poruszających się ludzi. Na nagłówki z ataków, opiewające o Śmierciożercach. Zastanawiał się, czy była tu fotografia, która złapała jego i Fineasa..? Wydało mu się to w pokrętny sposób zabawne - że mogło tak być. Przesuwał więc wzrokiem po tekście, przytrzymując gazetę tak, by była jakoś razem, by się jakoś trzymała. Przemoc, mord, Londyn w ogniu. - W przeciwieństwie do ciebie nie mam kogoś, kto odciąłby moją smycz. - Historia Sauriela była chyba taka, jak ta gazeta teraz w pigułce. Opiewająca o przemocy i palonych mostach. Dzisiaj wzbudzająca emocje, ale zaraz przedarta. A jutro trafi do ognia kominka, bo nikt jej nie będzie potrzebował. I chciał, o bogowie, naprawdę chciał, żeby ktoś go wyciągnął z tego miejsca. Żeby wynurzył go z martwego oceanu, w którym bezwiednie dryfował. Nieśmiało myślał, że tylko on sam sobie może pomóc. Jeśli umrze - czy nie będzie wolny?
Sauriel rzucił gazetę na sofę i obrócił się do Charlesa.
- Tak, Charles. Zgadzam się z tobą. Wiesz co to zmienia? N I C. - Nachylił się do niego, przełamując bezpieczną strefę komfortu. Prawie sycząc przez swoje kły. - A wiesz, co by pomogło? Gdybyś stąd odszedł i nigdy nie wrócił. Gdybyś pozwolił przestać Fineasowi się przestać o ciebie zamartwiać. - To, co mówił, było okrutne. I zdawał sobie z tego sprawę. Nie chciał tego mówić i nie chciał łamać Charlesowi serca, ale czuł, że jeśli tego nie rozpocznie to Fineas nie zdobędzie się na ten krok. I w końcu przyjdzie taki moment, że nie będą już w stanie Charlesa bronić.
(...)
Tragedią tej dwójki było to, że obaj sobie wzajem zazdrościli. Jeden szczerości. Drugi - kłamstwa.
- Nie prowokuj mnie. - Złapał gazetę, która wylądowała na stoliku przed nim i podniósł ją, by spojrzeć na ruchome fotografie i poruszających się ludzi. Na nagłówki z ataków, opiewające o Śmierciożercach. Zastanawiał się, czy była tu fotografia, która złapała jego i Fineasa..? Wydało mu się to w pokrętny sposób zabawne - że mogło tak być. Przesuwał więc wzrokiem po tekście, przytrzymując gazetę tak, by była jakoś razem, by się jakoś trzymała. Przemoc, mord, Londyn w ogniu. - W przeciwieństwie do ciebie nie mam kogoś, kto odciąłby moją smycz. - Historia Sauriela była chyba taka, jak ta gazeta teraz w pigułce. Opiewająca o przemocy i palonych mostach. Dzisiaj wzbudzająca emocje, ale zaraz przedarta. A jutro trafi do ognia kominka, bo nikt jej nie będzie potrzebował. I chciał, o bogowie, naprawdę chciał, żeby ktoś go wyciągnął z tego miejsca. Żeby wynurzył go z martwego oceanu, w którym bezwiednie dryfował. Nieśmiało myślał, że tylko on sam sobie może pomóc. Jeśli umrze - czy nie będzie wolny?
Sauriel rzucił gazetę na sofę i obrócił się do Charlesa.
- Tak, Charles. Zgadzam się z tobą. Wiesz co to zmienia? N I C. - Nachylił się do niego, przełamując bezpieczną strefę komfortu. Prawie sycząc przez swoje kły. - A wiesz, co by pomogło? Gdybyś stąd odszedł i nigdy nie wrócił. Gdybyś pozwolił przestać Fineasowi się przestać o ciebie zamartwiać. - To, co mówił, było okrutne. I zdawał sobie z tego sprawę. Nie chciał tego mówić i nie chciał łamać Charlesowi serca, ale czuł, że jeśli tego nie rozpocznie to Fineas nie zdobędzie się na ten krok. I w końcu przyjdzie taki moment, że nie będą już w stanie Charlesa bronić.
Na to, jak kwitniecie: Brenna Longbottom i Atreus Bulstrode. Nie wiem czy ktokolwiek spodziewał się, że wrzucę tu inną parę, więc nawet się nie produkuję lol.
- Wracamy na patrol – oświadczyła, choć nie tylko o to chodziło. Pijana magią Beltaine, i może odrobinę kierowania wyrzutami sumienia, że sama wpisała Atreusa na wartę w najniebezpieczniejszym miejscu, miała zamiar… wyciągnąć z kieszeni świecę do rytuału, by ukradkiem ją podpalić, korzystając z tłumu, zamieszania, kręcących się wokół par. By uwalić (i poparzyć) palce w gorącym wosku, a potem niby to poprawić wianek na głowie Atreusa i naznaczyć czoło trzema kroplami. (A świeczkę szybko potem zgasić: wsunąć do kieszeni, która jutro będzie pełna stearyny, ale czy w ogóle będzie jakieś jutro?) Cholerne, przywołane magią uczucie, dokonało niemal niemożliwego: na chwilę uśpiło czujność i podejrzliwość Brenny i w tym momencie po prostu nie potrafiła uwierzyć, że Bulstrode mógłby być śmierciożercą.
Na to, jak błyszczycie: William Lestrange i Perseus Black, nominowani przeze mnie za ich udział eventowy + druga część. Ja jebie ale to był (chyba) nieplanowanie komiczny duet.
— Och nie, nie, przytrzymajcie te.. — zwrócił się w stronę nowoprzybyłych, ale drzwi zatrzasnęły się również za nimi. Westchnął. — Cóż... Może wspólnie znajdziemy jakieś wyjście... — silił się na resztki optymizmu, ale ten chyba został gdzieś daleko, na polanie w Kniei Godryka — Jak się tutaj znaleźliście?
- Madeline to ta twoja kobieta, z którą zdradzałaś żonę i która zginęła wraz z tobą? - zapytał niewzruszony.
— Z całym szacunkiem, ale pani chyba z chuja spadła — oświadczył Perseus spokojnie, potwierdzając tym samym słowa kuzyna, choć wewnątrz aż cały się gotował. Oczywiście, najlepiej zrzucić winę na niego, chociaż w tej kwestii był niemalże całkowicie niewinny. Wyrachowana, przeszło mu przez myśl, gdy przyglądał się histerii kobiety. Jej mąż jeszcze... cóż, żył, to niezbyt dobre słowo, egzystował pasowało bardziej do sytuacji, tymczasem ona zachowywała się tak, jakby to oni stali za nieszczęściem Grimesa. Stojąc za plecami Madeline podniósł laskę do góry i zamachnął się z nią na kobietę, celując prosto w jej czaszkę ciężką główką kruka.
- Waszego domu, zachłanna pretensjonalna lafiryndo - zagrzmiał tak stanowczo, że sam się zdziwił na brzmienie swojego głosu - Zamordowałaś tego człowieka i nie dałaś mu wyboru, nie masz żadnego prawa żeby go opłakiwać. Nic dziwnego, że chciał umrzeć żeby się od ciebie uwolnić - zacisnął pięści, orientując się, że zaklęcie rzucone przez Martina nie zadziałało.
Skupił wzrok na Grimesie, który przestał się ruszać.
Przynajmniej tyle, pomyślał.
Przynajmniej tyle, pomyślał.
Na to, jak krwawicie: Victoria Lestrange i Sauriel Rookwood - jasne, że bym mogła podlinkować tutaj cokolwiek w czym się kłócicie, ale po co, skoro jest jeden, wyjątkowy post streszczający wszystko...
– Wiesz co mi powiedział? Że jestem jego inspiracją do życia. A kilka dni później próbował się zabić – to też bolało. Nie umiałaby chyba wskazać co w tym wszystkim zabolało najbardziej, a konkurencja była naprawdę mocna.
Czuję
Oczarowanie: Peregrinus Trelawney. Pewnie nie zaskoczyłam cię nominacją, bo dobrze już wiesz jak Peregrinusa uwielbiam, ale wierzę, że zaskoczę cię doborem sesji. Może nie wymieniamy się postami jedna po drugiej w jakimś super tempie, ale napisałyśmy już spory kawałek ich historii, a ja nie wkleję żadnej z tych, które jakoś szczególnie pchnęły tę relację lub ich badania do przodu. Mój wybór to pierwszy post, jaki napisałaś na tym forum:
— Myślę jednak, panie Dolohov — po jego twarzy przemknął cień uśmiechu tak ulotny, że niemal niezauważalny — że może być i druga strona tego medalu.
Czasami jak się tworzy postacie dla relacji stojących pod znakiem zapytania, to się okazuje, że fabuła się nie zgrywa. Mi wystarczył ten jeden, drobny uśmiech i wiedziałam, że pan wróżbita będzie za swoim asystentem szlał.
Rozbawienie: Eden Lestrange. KOBIETO NIE MOGĘ PRZY TOBIE ODDYCHAĆ.
Już z dołu poczuła zapach papierosów. Wywróciła oczyma, ale nie połączyła jeszcze woni najtańszego ścierwa z obecnością Moody’ego kilka pięter wyżej. Była zbyt skupiona na trzymaniu się na tyle daleko od poręczy schodów, by impulsywne myśli nie zmusiły jej do skoku przez barierkę.
I wiecie, co było w tym wszystkim najgorsze? Że musiała wejść na trzecie piętro. Bo oczywiście ten frajer nie mógł prowadzić swojej czarnomagicznej działalności na parterze.
I wiecie, co było w tym wszystkim najgorsze? Że musiała wejść na trzecie piętro. Bo oczywiście ten frajer nie mógł prowadzić swojej czarnomagicznej działalności na parterze.
- Ten dzień byłby dobry, gdyby mnie tu nie było - odparła na przywitanie brygadzistki, nawet nie siląc się na uśmiech.
- O dziewiętnastej? Nie robisz już nadgodzin do późnej nocy? W domu wszyscy zdrowi? - Zapytała sztucznie zmartwiona, po czym w końcu pozwoliła sobie na śmiech. Odnosiła wrażenie, że jeśli tłumiłaby ten chichot w piersiach choćby chwilę dłużej, rozsadziłby ją od środka. - Coś ci nie wierzę. Będę musiała to sprawdzić - rzuciła, nie przystając wprost na jego zawoalowaną propozycję. Może przyjdzie, a może nie? Na pewno chciała, ale czy serce wygra z rozumem? Tego dowiedzą się dzisiaj wieczorem.
- Mnie od urodzenia nic nie rusza - oświadczyła, wzruszając ramionami. Musiała przyznać, śmierdziało nieziemsko, aż w oczy szczypie, ale nie miała zamiaru chować się jak dziecko. Przeżyła w życiu gorsze rzeczy, a ponadto dorastała z nieco starszym bratem.
Nie miała zamiaru w niego celować, bez względu na to, czy był potworem, czy nie. Nie wiedziała, co ma myśleć o jego drugim wcieleniu, więc nie myślała o nim wcale. Uznała, że to problem nocnej Eden. Albo jutrzejszej. A może koniec końców to wcale nie będzie problemem.
Smutek: Mavelle Bones. O nie, jak mi smutno, że im nie wyszło, chlip chlip.
Kłamałam, pisz ze mną więcej sesji o cierpieniu lol.
- Al, nie... – wypaliła, odruchowo chcąc go powstrzymać. Wbieganie w pojedynkę do płonącego budynku, gdy miała tu warować przed drzwiami? Właściwie… to tak bardzo pasowało do Moody’ego. Pójść na pierwszą linię, nie pozwolić innym posłużyć sobie za wsparcie. Początkowo nawet się za nim rzuciła, najwyraźniej również chcąc wejść do budynku. Ale też zaraz zdała sobie sprawę z tego, ze faktycznie ktoś powinien był przypilnować na zewnątrz. Zatem zmełła w ustach kolejne przekleństwo i koniec końców pozostała na miejscu.
Spokojna z zewnątrz, niespokojna wewnątrz.
Nawet pojawienie się Harper nie poprawiało zbytnio sprawy – bo przecież on tam cały czas był. Pozostawało czekać. I zabijać czas rozmową, ale wciąż – im dłużej Moody się nie pojawiał, tym bardziej była niespokojna. To, co wziął za rozbawienie? W rzeczywistości było tak naprawdę czym innym.
Och, jak kusiło – rzucić się mu na szyję, wtulić się, zaciągnąć się zapachem! Ale mimo wszystko – nie po to nakreśliła tę niewidzialną granicę, żeby ją przekraczać pod wpływem chwili. Dlatego owszem, skierowała się w stronę Alastora, ale nie tak naprawdę do niego, tylko do uratowanej kobiety.
- Ja… chyba tak – wyjąkała w odpowiedzi. Nie stała szczególnie pewnie na swych nogach, niemniej Bones ją podtrzymywała, gwarantując tym samym, że nie wyląduje znienacka na ziemi.
Zaraz nastąpi to po – ale Mavelle odpychała od siebie tę świadomość. Tak, to byłoby proste – postąpić jak kiedyś. Zbyt proste. Ale nie skończyłoby się to dobrze – tego kobieta była pewna. Zatem jedyne, na co ostatecznie się zdobyła, w momencie gdy mogli się rozejść, to klepnięcie po ramieniu i pożegnalny uśmiech.
Jak gdyby nigdy nie zdarzyło się między nimi coś więcej.
Spokojna z zewnątrz, niespokojna wewnątrz.
Nawet pojawienie się Harper nie poprawiało zbytnio sprawy – bo przecież on tam cały czas był. Pozostawało czekać. I zabijać czas rozmową, ale wciąż – im dłużej Moody się nie pojawiał, tym bardziej była niespokojna. To, co wziął za rozbawienie? W rzeczywistości było tak naprawdę czym innym.
Och, jak kusiło – rzucić się mu na szyję, wtulić się, zaciągnąć się zapachem! Ale mimo wszystko – nie po to nakreśliła tę niewidzialną granicę, żeby ją przekraczać pod wpływem chwili. Dlatego owszem, skierowała się w stronę Alastora, ale nie tak naprawdę do niego, tylko do uratowanej kobiety.
- Ja… chyba tak – wyjąkała w odpowiedzi. Nie stała szczególnie pewnie na swych nogach, niemniej Bones ją podtrzymywała, gwarantując tym samym, że nie wyląduje znienacka na ziemi.
Zaraz nastąpi to po – ale Mavelle odpychała od siebie tę świadomość. Tak, to byłoby proste – postąpić jak kiedyś. Zbyt proste. Ale nie skończyłoby się to dobrze – tego kobieta była pewna. Zatem jedyne, na co ostatecznie się zdobyła, w momencie gdy mogli się rozejść, to klepnięcie po ramieniu i pożegnalny uśmiech.
Jak gdyby nigdy nie zdarzyło się między nimi coś więcej.
Siłę: Bertie Bott. Człowiek, który pojawił się tylko dlatego, że jak kiedyś przeglądałam HP Wiki w poszukiwaniu inspiracji, to do mnie dotarło, że to grywalny kanon i herezja nie mogła wytrzymać jak zasugerowałam wiza. Alastor Moody musi być mi bardzo wdzięczny, bo bez niego by się zwyczajnie zapierdolił.
Bertie był bardzo prostym człowiekiem, który dodatkowo potrafił doceniać gesty znajomych i przyjaciół, które pokazywały mu jak bardzo jest im bliski. Nie krępowały go, a przynajmniej zazwyczaj, więc kiedy tylko Alastor porwał go w ramiona Bott rozłożył ręce na boki, niczym dziecko z którym stary właśnie odstawia piruety.
Bott nigdy by nie pomyślał o tym, że ktokolwiek mógłby być zazdrosny o to, co było między nim, a Alkiem, a przecież miał już trzy żony i z tego co pamiętał, a nie było tego wiele tak naprawdę, to żadna się specjalnie nie uskarżała na podobne figury.
- Ah, gdybym tak tylko umiał zrobić takiego fikołka, to by było świetne - podchwycił jej słowa, absolutnie w tym momencie nie żartując. Chociaż uważał trochę, że obrót wokół własnej osi sprawdziłby się w przyjętej przez nich konfiguracji o wiele lepiej, ale cóż, nie umiał ani jednego, ani drugiego.
- Nawet niekoniecznie - uśmiechnął się do niej wesoło i wyglądało trochę, jakby nie załapał co konkretnie miała na myśli, albo dlaczego w ogóle to powiedziała, ale wbrew tego co mogliby powiedzieć o nim niektórzy, nie był absolutnie upośledzony emocjonalnie. Zwyczajnie wybierał nie odbijać piłeczki w ten sam, podkręcony sposób. - Znoszę cię dlatego, że uważam cię za dobrą osobę. I dobrą w sprawianiu, że mój przyjaciel jest szczęśliwszy - zakończył, kiwając przy tym głową z pełnym przekonaniem w to co mówił.
Bott nigdy by nie pomyślał o tym, że ktokolwiek mógłby być zazdrosny o to, co było między nim, a Alkiem, a przecież miał już trzy żony i z tego co pamiętał, a nie było tego wiele tak naprawdę, to żadna się specjalnie nie uskarżała na podobne figury.
- Ah, gdybym tak tylko umiał zrobić takiego fikołka, to by było świetne - podchwycił jej słowa, absolutnie w tym momencie nie żartując. Chociaż uważał trochę, że obrót wokół własnej osi sprawdziłby się w przyjętej przez nich konfiguracji o wiele lepiej, ale cóż, nie umiał ani jednego, ani drugiego.
- Nawet niekoniecznie - uśmiechnął się do niej wesoło i wyglądało trochę, jakby nie załapał co konkretnie miała na myśli, albo dlaczego w ogóle to powiedziała, ale wbrew tego co mogliby powiedzieć o nim niektórzy, nie był absolutnie upośledzony emocjonalnie. Zwyczajnie wybierał nie odbijać piłeczki w ten sam, podkręcony sposób. - Znoszę cię dlatego, że uważam cię za dobrą osobę. I dobrą w sprawianiu, że mój przyjaciel jest szczęśliwszy - zakończył, kiwając przy tym głową z pełnym przekonaniem w to co mówił.
Nadzieję: Alexander Bell. Laska, ja nie wiem jakim cudem przez tyle lat się mijałyśmy na tych forach, bo reraz mam ochotę wydrukować sobie zdjęcie Orlando Blooma i jeb na ścianę nad biurkiem. Gwarantuję ci, że każdy post wymieniony z tobą to jakieś moje nowe, wewnętrzne odkrycie. Oczywiście to plebiscyt to co ja będę tu wrzucać te pełne emocji, na ołtarzyk kładę to:
- Polubię cię każdego - odparłem ze ściśniętym gardłem, chcąc go bardziej zapytać o to, czy już mnie nigdy więcej nie zostawi, ale nie mogłem go o to pytać. Nie mogłem zabierać mu wyboru, wolności. Nie zniósłbym tego. - Cieszę się, że tu jesteś. Ale też się zmieniłem i obawiam się, że będę teraz tym, który będzie cię gonił do roboty - stwierdziłem z uśmiechem, o wiele szczerszym i szerszym. Zagryzłem wargę, myśląc o tym pocałunku, o jego ręce na moim udzie, o jego głowie na mojej piersi.
- Chodź tu szmato - powiedziałem zaczepnie, łapiąc go gwałtownie dłonią za podbródek, lekko ścisnąłem, ale tylko dlatego by ponownie go pocałować. Już nie tak niewinnie. Nasza niewinność zniknęła paręnaście, nawet więcej lat temu.
- Chodź tu szmato - powiedziałem zaczepnie, łapiąc go gwałtownie dłonią za podbródek, lekko ścisnąłem, ale tylko dlatego by ponownie go pocałować. Już nie tak niewinnie. Nasza niewinność zniknęła paręnaście, nawet więcej lat temu.
with all due respect, which is none