06.11.2023, 14:22 ✶
A Leo nie był słaby. Po prostu był kotem-chichotem albo kotem o imieniu Chichot. Zdania były podzielone. Komórki w moim mózgu właśnie prowadziły zażartą debatę, czy w tę, czy w tamtą... Ale chwila, bo jeszcze się tworzyło tam jakieś trzecie ugrupowanie, grupa taka, trochę wariacka, trochę ryzykowna, ale urocza w opór. PROSTEST, robili mi w głowie protest, że kot i chichot to nieistotna sprawa, bo Pani Maya pochylała się nade mną, taka harda i rozwścieczona, i jednocześnie taka drobna i urocza, że jakieś trybiki rozsypały się w mojej głowie i właściwie nie pamiętam, co ta debata czy inne sprawy znaczyły, co chciały osiągnąć.
Wyciągnąłem twarz, w taki bezczelny sposób by pocałować ją w usta. Drobne, nienawistne. Tyle jadu w sobie miały, że aż uśmiechnąłem w jeszcze większej lubieżności. Trzymała mnie za koszulkę? To ja wyciągnąłem dłonie przed siebie, wystrzeliły jak strzały, jak haki, takie haki ze sznurem, jak piraci-szubrawnicy używali na statkach by się rozpychać, okradać i takie tam, ale ja wyciągnąłem te ręce by ją pochwycić w pasie i pociągnąć na siebie. Nie baczyłem na to, co mnie zaboli przy tym jej upadku panny Mayi, ale zamierzałem ją złapać, pochwycić, gdyby miała rąbnąć gdzieś na ziemię. Nie byłem kotem-brutalem, tylko kotem-dżentelmenem. Chyba że jakaś stara raszpla się prosiła o złe traktowanie, to wtedy nie omieszkałem być opryskliwy...
- Jak mnie wybebeszysz, moja droga piękności, to nijak cię nie zaprowadzę... Nawet jako duch, przyrzekam ja tobie, bo bardzo lubię swoje bebeszki - stwierdziłem rozbawiony, roześmiany, nic sobie nie robiąc z gróźb panny Mayi, póki coś złego, mrocznego nie wpadło mi do głowy. Bo skoro panna Maya była Azjatką i zmierzała do Nokturna... Skoro Panna Maya i Nokrutn... I Azjatka...
- Czy ty może jesteś Chang? Nazywasz się Chang? - zapytałem i mogła ujrzeć gdzieś tam z drugiej strony moich oczu lekki niepokój, bo różne rzeczy się słyszało o paniach Changach, Chang, o paniach Chang i o ich palarni, ale osobiście jeszcze tam nie zawędrowałem, ale słyszałem, że one chyba tam zjadały swoich mężów, kiedy byli niegrzeczni. - Cóż, jak mi dasz buziaka, to cię zaprowadzę wszędzie. Ale teraz z własnej, nieprzymuszonej woli... I potrzebuję jeszcze oświadczenia, że chcesz się zaznajomić z panem Leo - odparłem mimo wszystko i patrzyłem tak na nią, będąc na dole, na miejscu pozornie przegranym, ale w jakże pewnym stylu operowałem swoją pewnością siebie już na powrót błyskotliwą jakże.
Wyciągnąłem twarz, w taki bezczelny sposób by pocałować ją w usta. Drobne, nienawistne. Tyle jadu w sobie miały, że aż uśmiechnąłem w jeszcze większej lubieżności. Trzymała mnie za koszulkę? To ja wyciągnąłem dłonie przed siebie, wystrzeliły jak strzały, jak haki, takie haki ze sznurem, jak piraci-szubrawnicy używali na statkach by się rozpychać, okradać i takie tam, ale ja wyciągnąłem te ręce by ją pochwycić w pasie i pociągnąć na siebie. Nie baczyłem na to, co mnie zaboli przy tym jej upadku panny Mayi, ale zamierzałem ją złapać, pochwycić, gdyby miała rąbnąć gdzieś na ziemię. Nie byłem kotem-brutalem, tylko kotem-dżentelmenem. Chyba że jakaś stara raszpla się prosiła o złe traktowanie, to wtedy nie omieszkałem być opryskliwy...
- Jak mnie wybebeszysz, moja droga piękności, to nijak cię nie zaprowadzę... Nawet jako duch, przyrzekam ja tobie, bo bardzo lubię swoje bebeszki - stwierdziłem rozbawiony, roześmiany, nic sobie nie robiąc z gróźb panny Mayi, póki coś złego, mrocznego nie wpadło mi do głowy. Bo skoro panna Maya była Azjatką i zmierzała do Nokturna... Skoro Panna Maya i Nokrutn... I Azjatka...
- Czy ty może jesteś Chang? Nazywasz się Chang? - zapytałem i mogła ujrzeć gdzieś tam z drugiej strony moich oczu lekki niepokój, bo różne rzeczy się słyszało o paniach Changach, Chang, o paniach Chang i o ich palarni, ale osobiście jeszcze tam nie zawędrowałem, ale słyszałem, że one chyba tam zjadały swoich mężów, kiedy byli niegrzeczni. - Cóż, jak mi dasz buziaka, to cię zaprowadzę wszędzie. Ale teraz z własnej, nieprzymuszonej woli... I potrzebuję jeszcze oświadczenia, że chcesz się zaznajomić z panem Leo - odparłem mimo wszystko i patrzyłem tak na nią, będąc na dole, na miejscu pozornie przegranym, ale w jakże pewnym stylu operowałem swoją pewnością siebie już na powrót błyskotliwą jakże.