Ojciec Stelli przede wszystkim nie był kolejnym Mulciberem. Wychowany przez innych ludzi, w zupełnie innych warunkach, przyjmował przez lata odmienne wzorce niż Robert. Logiczne więc, że obydwaj panowie - nawet jeśli potrafili się dogadać - w znacznym stopniu się od siebie różnili. Być może wynikało to z przekonania, iż z rodziną powinno się żyć we względnej zgodzie? Oni zaś, Robert i Jacob, ze względu na matkę Mulcibera, rodziną byli dość bliską.
Nie spodziewał się tego, że będzie musiał się przy Stelli wysilić bardziej. Dało się to zresztą wychwycić w jego wyrazie twarzy. Oczu. W tym jak mocniej zacisnął palce swojej dłoni na filiżance. Nie zdołał tego zamaskować zbyt dobrze. Być może z tego względu, że za takimi sytuacjami nie przepadał. Wolał kiedy sprawy układały się po jego myśli.
- Na wiarę jest trochę za wcześnie, moja droga. Wierzę jednak w tej materii Twojemu ojcu. Jeśli więc Jacob twierdzi, że jesteś do tej roli osobą odpowiednią, to nie zamierzam szukać innych kandydatów. Oczywiście o ile tylko będziesz taką współpracą zainteresowana. - odpowiedział. Zaskakująco spokojnym tonem, jeśli wziąć pod uwagę jego reakcje sprzed chwili. Tyle dobrego, że Mulciber nie był nigdy człowiekiem, którego dawało się łatwo z równowagi wyprowadzić.
Wręcz przeciwnie, z reguły nie odczuwał trudności w jej zachowaniu.
Słuchając Stelli, upił kolejnych kilka łyków kawy. Wraz z każdym z nich, ciepłego napoju było coraz mniej, a przecież od momentu kiedy został dostarczony przez kelnerkę, minęła zaledwie niedługa chwila.
- To doskonale. - podsumował, nie bardzo zwracając uwagę na to, że dobór słów był w tym przypadku może niekoniecznie najlepszy. Nie wypadało bowiem mówić w ten sposób o nieszczęściu, które spotkało... cóż, dość bliskich krewnych. Robert nie zwrócił na ten szczegół jednak żadnej uwagi. Pierw musiałby posiadać w sobie choćby kilka kropel empatii. - Masz jeszcze jakieś pytania, wątpliwości? - miał nadzieje, że będą mogli przejść ze wszystkim dalej. Sprawnie zająć się całą sprawą. Bez przeciągania tego spotkania, wszak czas był zbyt cenny, żeby tracić go w nazbyt dużych ilościach w sytuacji, kiedy nie było to ani trochę potrzebne. Możliwe, iż gdyby Robert nosił na nadgarstku zegarek, spoglądałby teraz na niego, sprawdzając to ile czasu już mu uciekło.