Znajdujący się w Podziemnych Ścieżkach Nokturnu, należący do rodziny Mulciber sklep z kadzidłami i świecami nieszczególnie różnił się od innych, tutejszych lokali. Nieco zaniedbany, dla niektórych zapewne wręcz obskurny z zewnątrz, w środku zawierał to, co w innych częściach magicznego Londynu zdobyć było znacznie ciężej.
W tym przypadku chodziło o wszelkiego rodzaju świece oraz kadzidła.
Robert, który na tego typu akcesoriach znał się równie dobrze, co na magicznych zwierzętach zamieszkujących Afrykę, albo tak bardzo przecież uroczych misiach polarnych, nieszczególnie przykładał się do tego, aby rodzinny biznes funkcjonował na odpowiednim poziomie. Miał wiele innych zajęć. Wiele innych obowiązków, z których starał się wywiązać możliwie najlepiej. Tym samym więc, na zajmowanie się handlem brakowało czasu.
Swój udział ograniczył do absolutnego minimum.
Być może to właśnie z tego powodu niewiele zabrakło, aby niezapowiedziana wizyta przyprawiła o zawał serca zajmującego się sklepem pracownika.
W swoim eleganckim, jasnobrązowym płaszczu, gładko ogolony, ostrzyżony, Robert nie wyglądał jak ktoś przyzwyczajony do paskudnych, śmierdzących alejek Nokturnu. Postronny obserwator mógłby nawet uznać, że Mulciber zbłądził. Przypadkiem zawędrował w zupełnie obce sobie strony, narażając się zapewne na całkiem spore niebezpieczeństwo. Tyle tylko, że pozory w tym przypadku myliły. Nieliczni mogli się domyślać tego jak bardzo.
- Czekam w gabinecie na gościa, zabezpiecz i zamknij sklep, kiedy się pojawi. - nie padło z jego strony żadne proszę, żadne dziękuje. Poleceniu nie towarzyszyły ponadto żadne dodatkowe informacje, których nie podawał, jeśli widział takowej potrzeby. Nie tracąc większej ilości czasu, pozostawił chłopaka samego. Udał się na tyły sklepu.
Ile czasu minęło nim na miejscu zjawił się zapowiedziany gość? Może dużo. Może niewiele. Pod wskazanym adresem, Rodolphus nie zastał jednak osoby, której mógł się spodziewać. Nigdzie w zasięgu wzroku nie było Roberta. Znajdywało się natomiast sporo świec, kadzideł. Za ladą stał jasnowłosy, nieco piegowaty na twarzy młodzieniec.
- Za chwilę zamykamy. W czym mogę pomóc? - odezwał się, chcąc się upewnić czy młodzieniec był odpowiednią osobą, zanim zdecyduje się pokierować go do gabinetu, w którym przebywał pracodawca. Nie chciał podpaść komuś, od kogo zależało czy będzie miał co włożyć do garnka. Mulciber zaś bywał niekiedy całkiem problematyczny. Łatwo też przychodziło go rozzłościć. - Mamy kilka nowych świec, akurat seria przygotowana z myślą o niedawnych świętach, w dobrej cenie, jakość też całkiem niezła. - dorzucił, bez większego przekonania. Cena niby promocyjna, ale zainteresowanie było praktycznie takie jak zawsze. Niebezpiecznie bliskie zera. I niby jak miał w takich warunkach zrealizować te nieszczęsne plany sprzedażowe? Zarobić wreszcie na porządny pierścionek dla ukochanej, skoro nawet w kasie nie było dość pieniędzy, aby tych kilka monet móc do siebie przytulić z zamiarem wiecznego nieoddania.