28.11.2023, 22:38 ✶
- Biorąc pod uwagę, co się ostatnio dzieje, to ten stołek jak na moje pod jej dupą to się wręcz pali i aż dziw, że jest w stanie na nim usiedzieć – skwitowała i przewróciła oczyma – Ta, gniewu bogini to się boją, a Latajka to już nie? Rozejrzyj się, wiem, że Litha to nie Beltane, nie ta skala, pomniejszy sabat, ale… czy jak ktoś robi ci rozpierdol, to nie robisz wszystkiego, by na następny raz wszystko było zabezpieczone tak, że nawet mysz by się nie prześliznęła niezauważona?
Zamrugała parę razy. Wieszczka z niej naprawdę żadna, toteż na dobrą sprawę nie zdarzało się widywać jakichś obrazów w szklanej kuli, a co dopiero w płomieniach. Nauczyciel wróżbiarstwa – gdyby tylko chodziła na te zajęcia – zapewne sam by ręce załamał, albo i ją wręcz wywalił za wszarz; tak bardzo nie potrafiłaby dojrzeć żadnej wizji. A tu ni z gruszki, ni z pietruszki, dwa skrzyżowane miecze ze sobą? I to jeszcze z efektem specjalnym, dźwiękiem znaczy się.
Jednocześnie poczuła przypływ animuszu. Ta, miała – mieli – niedokończoną przecież sprawę; nabruździł im ten gnojek, trzeba było w końcu doprowadzić to do końca i sprawić, że ziemia będzie lżejsza o tę jedną gnidę, która wpychała się tam, gzie nie trzeba… i zaraz, zaraz, co?
- No chyba żartujesz, ja już sukienkę u Rosierów zamówiłam na twój ślub – oświadczyła niby to z oburzeniem. Inna sprawa, że przecie nie przyjaźnili się aż tak, to równie dobrze mogła nigdy nie otrzymać zaproszenia, ale tak, tak, miał tu właśnie dowód, że jak najbardziej gazety czytała.
I wyłapała z nich, co trzeba.
Nie komentowała tego wprawdzie, ale czy musiała? Przecież matrymonialne plany Rookwooda to nie jej sprawa, a zresztą…
- A na poważniej, to lepiej teraz niż potem się zastanawiać, jak się z tego wymiksować. Choć jak coś, to pamiętaj, wystarczy poprosić, pomyśli się nad rozwiązaniem – mruknęła – Naprawdę, moi drodzy, nie polecam wam małżeństwa, same tylko z tego problemy – skwitowała dość sucho, bez większych emocji. Swoje „problemy” swego czasu zaklątwiła bardzo skutecznie, dzięki czemu teraz nie musiała się użerać z żadnym patafianem, który sobie wyobrażał nie wiadomo co. Pewnie, przy okazji było też trochę zamieszania natury prawnej, ale koniec końców… okazała się być wolną, jak ptak na niebie, mogącą zatem swobodnie podróżować po świecie, bez żadnego nadętego, irytującego bufona, uważającego, że kobiety to jednak najlepiej, jakby w domu siedziały.
- Swoją drogą, skąd taka decyzja? – zainteresowała się bliżej. Mariaż skądinąd całkiem porządny, dwie rodziny o uznanej czystości krwi, do tego za Malfoy stał majątek (tak, wcale a wcale by się nie przydał w badaniach archeologicznych, mhm), a jednak… jednak. Faktycznie sam podjął taką decyzję? Kto inny uznał, że tak należy postąpić?
Zamrugała parę razy. Wieszczka z niej naprawdę żadna, toteż na dobrą sprawę nie zdarzało się widywać jakichś obrazów w szklanej kuli, a co dopiero w płomieniach. Nauczyciel wróżbiarstwa – gdyby tylko chodziła na te zajęcia – zapewne sam by ręce załamał, albo i ją wręcz wywalił za wszarz; tak bardzo nie potrafiłaby dojrzeć żadnej wizji. A tu ni z gruszki, ni z pietruszki, dwa skrzyżowane miecze ze sobą? I to jeszcze z efektem specjalnym, dźwiękiem znaczy się.
Jednocześnie poczuła przypływ animuszu. Ta, miała – mieli – niedokończoną przecież sprawę; nabruździł im ten gnojek, trzeba było w końcu doprowadzić to do końca i sprawić, że ziemia będzie lżejsza o tę jedną gnidę, która wpychała się tam, gzie nie trzeba… i zaraz, zaraz, co?
- No chyba żartujesz, ja już sukienkę u Rosierów zamówiłam na twój ślub – oświadczyła niby to z oburzeniem. Inna sprawa, że przecie nie przyjaźnili się aż tak, to równie dobrze mogła nigdy nie otrzymać zaproszenia, ale tak, tak, miał tu właśnie dowód, że jak najbardziej gazety czytała.
I wyłapała z nich, co trzeba.
Nie komentowała tego wprawdzie, ale czy musiała? Przecież matrymonialne plany Rookwooda to nie jej sprawa, a zresztą…
- A na poważniej, to lepiej teraz niż potem się zastanawiać, jak się z tego wymiksować. Choć jak coś, to pamiętaj, wystarczy poprosić, pomyśli się nad rozwiązaniem – mruknęła – Naprawdę, moi drodzy, nie polecam wam małżeństwa, same tylko z tego problemy – skwitowała dość sucho, bez większych emocji. Swoje „problemy” swego czasu zaklątwiła bardzo skutecznie, dzięki czemu teraz nie musiała się użerać z żadnym patafianem, który sobie wyobrażał nie wiadomo co. Pewnie, przy okazji było też trochę zamieszania natury prawnej, ale koniec końców… okazała się być wolną, jak ptak na niebie, mogącą zatem swobodnie podróżować po świecie, bez żadnego nadętego, irytującego bufona, uważającego, że kobiety to jednak najlepiej, jakby w domu siedziały.
- Swoją drogą, skąd taka decyzja? – zainteresowała się bliżej. Mariaż skądinąd całkiem porządny, dwie rodziny o uznanej czystości krwi, do tego za Malfoy stał majątek (tak, wcale a wcale by się nie przydał w badaniach archeologicznych, mhm), a jednak… jednak. Faktycznie sam podjął taką decyzję? Kto inny uznał, że tak należy postąpić?