02.12.2023, 00:23 ✶
Było ciepło. Może aż zbyt; od kwiatowych rozkoszy docierających do nozdrzy, w głowie kotłowały się tylko banały, aksamity lekkości i zapomnienia. Gdzieś na ulicach Londynu powiewały chorągwie bezładu i enigmy donaldowej histerii, ale nie tutaj, nie w tym zagajniku i nie pośród flory budzącej się do życia po długiej zimie i jeszcze dłuższej wiośnie.
Na święto pierdolonej płodności przyszła już schlana.
– Wcale nie robię – odparła czkając – wiesz, co mówił Alex... że tutaj sprawdzają.
Miała na myśli opowieść szwagra o tym, że tuż przy wejściu na ostatni sabat rozłożyli lewitujące narkotesty, a jakiś czas później wypuszczono w powietrze wróżki-alkomatuszki, które miały za zadanie sprawdzać czy nikt sobie nie używa. Stężenia alkoholowego się nie czepiano, chyba że któryś z patusów zapomniał, że jest w towarzystwie i zamiast uderzać w jarmarkowy worek bokserki, zdobywać punkty i wygrywać maskotki, to uderzał w gębę żony i dzieci. Diana nie zamierzała robić scen, przynajmniej nie przy Lorettcie, nie dopóki ich relacja nie miała wkroczyć na wyższy poziom, a według Diany, taką inicjację przeprowadzało się przez trzymanie włosów Mulciber nad kiblem.
– Dobrze, ale tylko nie z chryzantem, bo się zrzygam.
Podążyła za prowadzeniem Lore, do ramienia której się przykleiła.
Dotkliwy, siermiężny szum osiadł gdzieś na dnie czaszki; nie mogąc oprzeć się pokusie wizualizacji tego doznania, wyobrażała sobie własne uszne bębenki wirujące dziko niczym balowa suknia dziewczęcia obracanego swawolnie w pląsanym manewrze. Potańczyłaby do rytmów unoszących się z okolic ale nie miała na razie z kim, chyba że słodka Lestrange da się zaciągnąć do takiej prymitywy. A może to nie była taka głupia myśl, bo gdy tylko obcas bucika wykręcił się pod krzywym naciskiem jej kroku, ta przyciągnęła ją do siebie z gracją i refleksem burzycielskiego amanta.
– Ślicznie pachniesz, słońce – puściła jej oczko, chichocząc jak nastolatka.
Wodziła wzrokiem pośród raczących się cudowną pogodą i błękitem nieba; rozmową par, grupek mniejszych i większych, wychwytując w nich twarze znajome. Gdzieś pośród ciżby ludzkiej mignęły jej początkowo majaczące wizerunki. Dużo więcej niż poufałe, utarte w pamięci niczym alfabet w umyśle dorosłego człowieka.
– Widzisz kogoś gorącego? Oprócz tych wokół płomienia, rzecz jasna – zagaiła Diana, tak jakby jej mąż wcale nie zdychał w szpitalu Munga.
Tymczasem, z głową uniesioną ku górze, jej własny umysł przyjął właśnie formę lotnego ptaka, nijak trzymającego się ciężkiej skorupy ziemskiej, umykającego w przestworza z gracją nici babiego lata targanych przez wiatr. I tym razem poczuła niewiadomą lekkość, pragnienie sięgnięcia dłonią samych migotliwych gwiazd, jednocześnie dokonując zakazanego i...
Och. Do ręki dostała w końcu wianek.
!wianki
Na święto pierdolonej płodności przyszła już schlana.
– Wcale nie robię – odparła czkając – wiesz, co mówił Alex... że tutaj sprawdzają.
Miała na myśli opowieść szwagra o tym, że tuż przy wejściu na ostatni sabat rozłożyli lewitujące narkotesty, a jakiś czas później wypuszczono w powietrze wróżki-alkomatuszki, które miały za zadanie sprawdzać czy nikt sobie nie używa. Stężenia alkoholowego się nie czepiano, chyba że któryś z patusów zapomniał, że jest w towarzystwie i zamiast uderzać w jarmarkowy worek bokserki, zdobywać punkty i wygrywać maskotki, to uderzał w gębę żony i dzieci. Diana nie zamierzała robić scen, przynajmniej nie przy Lorettcie, nie dopóki ich relacja nie miała wkroczyć na wyższy poziom, a według Diany, taką inicjację przeprowadzało się przez trzymanie włosów Mulciber nad kiblem.
– Dobrze, ale tylko nie z chryzantem, bo się zrzygam.
Podążyła za prowadzeniem Lore, do ramienia której się przykleiła.
Dotkliwy, siermiężny szum osiadł gdzieś na dnie czaszki; nie mogąc oprzeć się pokusie wizualizacji tego doznania, wyobrażała sobie własne uszne bębenki wirujące dziko niczym balowa suknia dziewczęcia obracanego swawolnie w pląsanym manewrze. Potańczyłaby do rytmów unoszących się z okolic ale nie miała na razie z kim, chyba że słodka Lestrange da się zaciągnąć do takiej prymitywy. A może to nie była taka głupia myśl, bo gdy tylko obcas bucika wykręcił się pod krzywym naciskiem jej kroku, ta przyciągnęła ją do siebie z gracją i refleksem burzycielskiego amanta.
– Ślicznie pachniesz, słońce – puściła jej oczko, chichocząc jak nastolatka.
Wodziła wzrokiem pośród raczących się cudowną pogodą i błękitem nieba; rozmową par, grupek mniejszych i większych, wychwytując w nich twarze znajome. Gdzieś pośród ciżby ludzkiej mignęły jej początkowo majaczące wizerunki. Dużo więcej niż poufałe, utarte w pamięci niczym alfabet w umyśle dorosłego człowieka.
– Widzisz kogoś gorącego? Oprócz tych wokół płomienia, rzecz jasna – zagaiła Diana, tak jakby jej mąż wcale nie zdychał w szpitalu Munga.
Tymczasem, z głową uniesioną ku górze, jej własny umysł przyjął właśnie formę lotnego ptaka, nijak trzymającego się ciężkiej skorupy ziemskiej, umykającego w przestworza z gracją nici babiego lata targanych przez wiatr. I tym razem poczuła niewiadomą lekkość, pragnienie sięgnięcia dłonią samych migotliwych gwiazd, jednocześnie dokonując zakazanego i...
Och. Do ręki dostała w końcu wianek.
!wianki
Chwasty trzeba wyrywać.