Przebywając w rodzinnej posiadłości, Richard nie musiał o nic pytać. Dla Roberta czymś oczywistym było, że kamienica była również jego domem. Tu, w Londynie. Nie miało w tym przypadku większego znaczenia to, co w tym temacie dawniej uważał ich ojciec. Francis już o niczym nie decydował, choć pewne zasady, które wprowadził przed laty, nadal zdawały się obowiązywać.
Również te, których obydwaj bliźniacy nie wspominali najlepiej.
- Chciałbym temu zaprzeczyć. - przyznał bratu racje, pozwalając sobie na westchnięcie, w którym wybrzmiało coś jakby rezygnacja? Od pewnego czasu z wolna godził się z tym, że Wielka Brytania nie dostarczy mu odpowiednich informacji. A już na pewno, nie dostarczy mu tego, czego zdawał się potrzebować. Czasami trzeba było sięgnąć prosto do źródła. Całe szczęście, dzięki Richardowi okazało się to możliwe do zrealizowania.
Cieszyło go, że sprawy szły do przodu. Choć nie zawsze potrafił to odpowiednio okazać - człowiekiem był bądź co bądź dość specyficznym - doceniał wsparcie ze strony brata. Nie chciałby go stracić.
- Zakładam, że trochę czasu zejdzie przy tłumaczeniu tego na angielski... - przyłożył do ust końcówkę cygara. Dym wprowadzał do organizmu delikatnie, przy pomocy płytkich pociągnięć. Zupełnie inaczej niż miało to miejsce w przypadku o wiele bardziej pospolitych papierosów. - aczkolwiek nie stanowi to większego problemu. Myślę, że powinienem dać radę szybko się z tym uporać. - rozważał przy okazji różne opcje, ale tymi już się z Richardem nie podzielił. Nie było takiej potrzeby. A i ojciec zdołał im obydwu wbić do głów jedną, ważną zasadę. Mówiła ona, że co za dużo, to niezdrowo. - Mam nadzieję, że będę mógł im podziękować niebawem za pomoc. Osobiście. - wreszcie skomentował też to, iż w całym tym procesie, istotną role odegrały dzieciaki Richarda. Po części bratu tego właśnie zazdrościł. Rodziny, której sam nie zdołał założyć. A przynajmniej - nie miał jej takiej, jakiej by chciał. Los dał mu jedynie córkę. Nie dopuścił do tego, aby na świecie pojawił się syn noszący nazwisko Mulciber. Był to dla Roberta olbrzymi zawód. Przez długie lata nie potrafił się z tym pogodzić. W zasadzie nie nastąpiło to również teraz. Stąd też między innymi wynikała decyzja o zawarciu kolejnego małżeństwa. Nie były to tylko i wyłącznie względy finansowe, choć tak swego czasu to przedstawiał.
- Może jeszcze kiedyś się przyda. - następnie skomentował kwestie torby, podnosząc się ze swojego miejsca i ruszając w kierunku łupu dostarczonego przez brata. Zajrzał do środka. Chwilę przyglądał się zawartości, po czym wyciągnął pierwszą pozycje z brzegu. - Nie sądziłem, że uda Ci się ją zdobyć. - trochę czasu minęło, zanim padło z jego ust. Słowa pełne uznania, książka o której Robert słyszał. Wiekowa. Ponoć zachowało się tylko kilka egzemplarzy. Byle komu jej nie udostępni. Byle kogo nie poprosi też o przetłumaczenie. Pozycja była zbyt cenna, należało odpowiednio się nią zaopiekować. - Myślę, że znam kogoś, kto będzie w stanie z tym wszystkim pomóc. Będę musiał na dniach skontaktować się z pewnym dawnym znajomym. Planuje też zatrudnić pomoc, zamieściłem nawet ostatnio na ten temat kilka ogłoszeń.
Mówił już do samego siebie czy w dalszym ciągu kierował jednak słowa do Richarda? Z każdą kolejną minutą można było mieć co do tego większe wątpliwości. Skupił się na czymś, co go mocno interesowało. Powiedzieć można, że trochę zafiksował. Nie był to w jego przypadku pierwszy raz, ani też ostatni w życiu.