06.12.2023, 21:43 ✶
Odpowiedź na ten post.
Wyjazd nad walijskie wybrzeże miał dać mu wreszcie odpocząć, ale Moody wcale nie czuł się dużo lepiej niż przed wyjazdem. Leżąca w szpitalu, doświadczająca regularnych ataków paniki Ida robiła mu za wspaniałą wymówkę - mógł zrzucić na nią coraz to bardziej podkrążone oczy, dziwne odzywki, narastającą z dnia na dzień paranoję. I wszyscy to akceptowali, no bo przecież to był Alastor Moody, któremu ufali nie od wczoraj - współczuli mu sytuacji, okazywali mu tyle wsparcia i zrozumienia ile tylko można było spodziewać się po jego przyjaciołach (a było to naprawdę dużo). Okazywał im wdzięczność z uśmiechem przyduszonym niby to zmęczeniem, a jednak...
A jednak.
Nikomu tego nie powiedział, ale czuł to w środku. Że ta paranoja przestawała być drobnym lękiem, on zaczynał świrować, a Harper popełniła wielki błąd wyznaczając go dzisiejszego dnia do pracy razem z Cainem. Na zachodnim krańcu ognisk Lithy, natrafił wreszcie na to, które ukazało mu jakiś obraz. Plamy czerwonych i złotych płomieni zatańczyły mu przed oczami, rozjaśniając zapadniętą twarz i wrzucając na ziemię migoczący cień jego krępej sylwetki. Widział to wyraźnie, ten jeden płomień niebędący zwyczajnym punktem światła w pustce wszechogarniającej go ciemności - te płomienie ukazywały coś więcej, a on przypomniał sobie najgorsze z możliwych wspomnień.
Wpatrując się w płonące igliwie, Alastor zwolnił swoje kroki, aż wreszcie zatrzymał się zupełnie. Stał tak jak zahipnotyzowany i zdawało mu się, że się w tym zanurza - nie dostrzegł tam tylko wróżby od bogów - dostrzegł tam Mavelle. Nieuchwytna postać, a może bardziej jej delikatny kontur unoszący się w kępie dymu i blasku rytualnych ognisk, przywołał coś, co wykraczało daleko poza granice jego zmysłów. Znów ją widział - leżącą martwo obok stosu płonących kłód, kiedy on musiał gasić kolejne ze świateł. Znów ją widział - wciśniętą pomiędzy konary drzewa, zimną jak diabli, leżącą tak martwo, tak jakby miało jej już nigdy nie być. Jego oddech stawał się coraz bardziej płytki, a on uwięziony pod ciężarem własnej psychiki, zadrżał. Nie uśmiechnął się do Sebastiana, bo w tym momencie nawet go nie rozpoznał. Wszystko wydawało mu się być rozmyte, a on nie wiedział, czy znowu nie udało mu się powstrzymać łez, czy znów nawiedzały go omamy - w jego duszy obudziło się w tej chwili coś uśpionego, a on sam kompletnie zagubiony zaczął iść w losowym kierunku, chcąc odejść od zbierającego się tutaj wokół grających tłumu. Potknął się o Jima, omal nie upadając na ziemię. Nie przeprosił go, bo chyba nie do końca zrozumiał, co się stało. Wiedział, że potrzebuje pomocy, nie powinno go tutaj być, nie powinien przyjmować służby w Lithę, ale przecież nikt inny nie mógł i...
Wpadł na kolejną osobę. Na nieszczęście tej osoby, Moody znajdował się w tym momencie na granicy - zacisnął silną dłoń na kapłańskiej szacie, ze spojrzeniem tak nieobecnym, jakby był tu jedynie ciałem.
!płomienie
fear is the mind-killer.