Chester nie musiał długo czekać. Ledwie zaczął dobijać się do drzwi, te zostały otwarte przez skrzata, który wpuścił mężczyzne do środka. Może trochę zbyt pośpiesznie, ale przecież znał Rookwooda. Nie raz widział, jak wchodzi do gabinetu pana domu, w którym spędzali z Robertem długie godziny. Miał też wydane konkretne polecenia dotyczące osoby aurora, które - cóż za niedopatrzenie! - na ten moment odwołane nie zostały.
- Poinformuje pana, że ma gościa. - odezwało się stworzenie.
Zanim ruszyło na poszukiwanie Roberta, o ile tylko Chester się na ten krok zdecydował, skrzat odebrał od niego okrycie wierzchnie, umieszczając na wieszaku. Dopiero w następnej kolejności zostawił Rookwooda samego. Na dalszy rozwój wydarzeń, ten mógł poczekać w dobrze sobie znanym salonie. Usiąść na kanapie, fotelu, zatrzymać się przy jednym z okien bądź obok kominka. Cokolwiek uznał za odpowiednie.
Tym co Chester mógł przy okazji zauważyć, było to, iż zamiast w kierunku gabinetu, skrzat udał się na piętro. Było to trochę nietypowe. Rookwood znał przecież Roberta na tyle, żeby być świadomym tego, że ten większość dnia spędzał jednak za biurkiem. Zbyt długo ściśle ze sobą współpracowali.
Skrzat domowy znalazł go w sypialni, gdzie pomimo upomnień ze strony brata, Robert nie był w stanie tak po prostu odpoczywać. Zamiast leżeć w łóżku, znalazł sobie poniekąd absurdalne zajęcie, jakim było porządkowanie zawartości szafy. Tradycyjnie bez udziału magii. Przekładał ubrania w taki sposób, aby bezpośrednio obok siebie znalazły się te, które były w tym samym kolorze.
- Panie?
W reakcji na głos skrzata odwrócił się nieśpiesznie w kierunku drzwi wejściowych, trzymając w ręku koszule.
- Przyszedł Pan Rookwood. Czeka w salonie.
Nie tego się Robert spodziewał. Nie było to tym, czego potrzebował właśnie teraz. Wiedział jednak, że nie może go tak po prostu odprawić. Zbyć. Zwłaszcza po tym, co nie tak dawno temu miało miejsce w kromlechu. Zawiesił koszulę na wieszaku, umieścił na właściwym miejscu w szafie.
- Zaraz przyjdę. - poinformował.
Pozwolił na to, żeby skrzat poszedł przodem. Przekazał Chesterowi, że musi chwilę na niego poczekać. Sam potrzebował jeszcze chwili. Musiał się nastawić na to, że w tak krótkim czasie przyjdzie mu zmierzyć się z kolejną osobą.
I pomyśleć, że wystarczyłoby zrezygnować z pomysłu jakim było związanie się z Henriettą...
Podczas gdy Robert powoli zbierał się do wyjścia, skrzat ponownie pojawił się przed Chesterem. Kolejna rzecz, która z reguły się nie zdarzała. Do tej pory Robert chyba nigdy nie kazał mu czekać. Czy mogło to wzbudzić pewne podejrzenia?
- Pan za chwilę zejdzie. - padło ze strony stworzenia. Zaraz po tych słowach, opuściło ono salon.
Okazało się, że to za chwilę, zamknęło się gdzieś w okolicy 5 minut. Chester nie musiał czekać długo, ale też nie dało się powiedzieć, żeby Robert dołączył do niego jakoś tak szczególnie szybko. Kiedy pojawił się na miejscu, na pierwszy rzut oka wyglądał jak zwykle. Porządnie ubrany, bez zarostu, starannie ułożone włosy. Dla niego odpowiednia prezencja zawsze miała dość duże znaczenie.
- Chesterze. - przywitał się, przez chwilę rozważając czy powinni porozmawiać tu, w salonie, czy może tradycyjnie udać się do gabinetu. Ostatecznie uznał, że ta druga opcja to nieco lepsze rozwiązanie. - Przejdziemy do gabinetu.
Nie czekając na reakcje aurora, skierował się w stronę słabo oświetlonego korytarza. W kierunku drzwi znajdujących się na jego końcu. Otworzył je. Skierował się w stronę swojego fotela. Nie tracił czasu na okazanie gościnności i innych takich. Nie sięgnął po alkohol, nie ustawił szklanek. Na biurku stała jedynie popielniczka z opartym o nią cygarem, które wcześniej zdążył zapalić. Chyba wczoraj? Nie było to istotne.
- Zakładam, że mamy o czym rozmawiać. - za nic nie przepraszał, nie zaczynał od tłumaczenia się. Po prostu zajął swoje miejsce i czekał na to, co padnie ze strony tego, który był wiernym psem Czarnego Pana.
Czy samego siebie mógłby nadal określać w ten sposób?