Nie pozwalał sobie na niedokładność. Na brak należytej staranności. Wychowany przez człowieka, dla którego liczył się każdy jeden szczegół, sam również prezentował podobne podejście. Dzięki temu czuł, że posiada należytą kontrolę nad swoim własnym życiem. A kontrola w jego przypadku wiązała się z poczuciem bezpieczeństwa.
W posiadłości zlokalizowanej w niemagicznym Londynie, życie toczyło się według stałego rytmu. Przez wiele lat niezmiennego, zaburzonego jednak przez pojawienie się Henrietty. Niby wiążące się z tym zmiany nie były szczególnie duże, ale dla człowieka przyzwyczajonego do pewnej rutyny – aż nadto zauważalne.
Cholernie drażniące.
Wracając do domu wczesnym rankiem, od progu poczuł, że coś było nie tak. Niby wszystko znajdywało się na swoim miejscu, niby wszystko było dokładnie tak jak trzeba. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wrażenie jednak nie znikało. Dzwoneczki uparcie biły na alarm.
Nie chciały zamilknąć.
Nie zdejmując wierzchniego okrycia ani butów, pierw rozejrzał się po przedpokoju, następnie salonie, koniec końców zdecydował się ruszyć korytarzem w stronę gabinetu. Miejsca, które stanowiło strefę zakazaną dla wszystkich innych domowników. Korzystał z niego sam. Tylko on jeden miał dostęp do tego, co się tutaj znajdywało.
A przynajmniej tak było do tej pory.
Na biurku wszystko było jak zawsze – w idealnym porządku. Starannie ułożone. W samym pomieszczeniu też nic nie wzbudziło jego podejrzeń. Dopiero kiedy obszedł biurko, kiedy znalazł się po jego drugiej stronie, odkrył niedosuniętą szufladę. Lekko uchyloną. Czy sam ją tak zostawił? Pozwolił sobie na taki brak ostrożności? Niedokładność?
W pierwszym momencie chciał ją po prostu domknąć, zająć się swoimi sprawami, odpocząć przed tym, co miało go czekać wieczorem. Ostatnie dni były ciężkie, pracowite, Beltane zaś miało stanowić ukoronowanie wszystkich podjętych działań. Zanim jednak postąpił w ten sposób coś go tknęło. Zdecydował się jednak zajrzeć do środka. Upewnić, że to wszystko nie jest jedynie kwestią zmęczenia ostatnich dni.
Tym sposobem w jego dłoniach znalazł się znajomy list.
Tym sposobem odkrył, że ktoś grzebał w jego rzeczach.
Poczuł się nagle jakby ziemia miała mu uciec spod stóp. Przytrzymał się biurka. Powstrzymał się od wyrzucenia z siebie serii wulgaryzmów. Bo i tym co cisnęło się mu na usta, nie było w tym przypadku ledwie jedno przekleństwo. Potrzebował chwili. Potrzebował uporządkowania myśli.
Tylko czy w obecnej sytuacji dysponował choćby kilkoma minutami?
Niczym pijany – czy on kiedykolwiek faktycznie był pijany? – opuścił gabinet, kierując się na piętro, gdzie znaleźć było można prywatne pokoje członków rodziny. Udał się prosto do ostatnich drzwi. Prowadzących do pokoju przez lata wyłączonego z użytku, w ostatnim czasie zajmowanego jednak przez Henriette. Czy ten wybór był zupełnie przypadkowy? Czy to był przejaw czegoś na kształt intuicji?
Bez tracenia czasu na pukanie, na podejmowanie się prób kontaktu z małżonką po prostu wszedł do środka. Nacisnął klamkę, otworzył drzwi do pomieszczenia.