Wrócił. Niemal kompletnie pozbawiony sił, ale za to w jednym kawałku. Cały i zdrowy, choć przy tym cholernie zmęczony. Przy pomocy świstoklika, przeniósł się prosto do salonu ich rodzinnej kamienicy. Podróż, sama w sobie nieprzyjemna, nie była czymś szczególnym w zestawieniu z tym, co spotkało go w Kromlechu. Te konkretne spotkanie z Nim, Czarnym Panem, pamiętał będzie długo. Od początku zdawał sobie sprawę z tego, że nie będzie miło i przyjemnie. Był świadomy, że Tom nie wyciągnie w jego kierunku talerzyka z ciastkami, nie zaproponuje też ciepłej herbaty.
Zarazem nie spodziewał się jednak tego, co miało miejsce.
Możliwe też, że nie do końca jeszcze zdołał to wszystko sobie przyswoić.
Zawiodłeś.
Wciąż na nowo odtwarzał w głowie słowa Mistrza. Wiedział, że tak było. Był tego świadomy już w tym momencie, kiedy kilka tygodni temu opuszczał Londyn; kiedy zamiast na Polanie Ognisk, znalazł się na francuskiej ziemi.
Nie miał jednak wyboru.
Gdyby dał jej więcej czasu, konsekwencje mogłyby dotknąć większej liczby osób, które pozostawały zaangażowane w krwawą rewoltę; w budowę nowego, lepszego jutra. On sam był skłonny zanurzyć się po sam pas w gównie, jeśli dzięki temu wszystko miało nadal rozwijać się we właściwym kierunku. Ostatecznie przecież…
…każda rewolucja prędzej czy później zaczyna pożerać własne dzieci.
Nieco chwiejnym krokiem, zbliżył się do kredensu, następnie - pozbywając się po drodze dość charakterystycznej, obszernej szaty z kapturem - ruszył w stronę korytarza, skierował się do znajdującego się na samym jego końcu pomieszczenia. Nawet teraz, ledwie żywy, wybierał gabinet. Nie myślał o własnej sypialni, łóżku, może wygodnym fotelu.
Jedynie o gabinecie, do którego inni nie mieli wstępu. Był to jego azyl. Było to miejsce, w którym zawsze mógł się ukryć. Na spokojnie uporządkować swoje sprawy. Tego zaś teraz potrzebował. I może jeszcze szklanki whisky.
Tak dla odstresowania.
Będąc w gabinecie sam, podszedł do znajdującego się na jednej ze ścian obrazu. Dzieło matki, prowadzące do niewielkiej skrytki. Piękny pejzaż, za którym od lat ukrywał swoje liczne sekrety. Również przed własnym bratem, który o pewnych rzeczach wiedzieć nie musiał. A nawet nie powinien. Kiedy upewnił się, że wszystko było jak należy, wycofał się. Podszedł do szafki, na której stały dwie szklanki oraz niewysoka karafka ze złocistym płynem.
- Zamierzasz do mnie dołączyć czy strzelić mi w pysk? - zareagował, słysząc lekkie skrzypienie drzwi wejściowych. Z góry pozwolił sobie założyć, że musiał to być Richard. Jedynie on nie robił sobie zbyt wiele z zasad panujących w rodzinnej posiadłości. Jedynie jemu uchodziło to bezkarnie.
Przynajmniej w ostatnich latach.
Odkąd Francis Mulciber wąchał kwiatki od spodu, obydwa jego synowie mogli przestać poruszać się na palcach. Na tyle bezgłośnie, na ile tylko byli w stanie.
Nie czekając na odpowiedź brata, napełnił też drugą szklankę. Będzie chciał, poczęstuje się. Na siłę wciskać mu niczego nie zamierzał. Do niczego go namawiać. Z jedną szklanką w ręku, ruszył w kierunku swojego wiekowego biurka oraz stojącego za nim fotela. Wygodnych, choć pewnie nie tak jak fotel w salonie czy tamtejsza kanapa. Rozsiadł się wygodnie. Odchylił głowę do tyłu. Spojrzenie utkwił w białym suficie.
Czy mógł się już wyłączyć, czy raczej powinien się liczyć z tym, że ktoś mu zaraz zacznie suszyć głowę, nie pozwalając wcześniej nabrać choćby odrobiny sił?
O ile nabranie sił mogło mieć miejsce w sytuacji, kiedy wlewasz w siebie alkohol...