26.12.2023, 05:00 ✶
– Nie ważne. Mam gorącego.
Świra miała dodać, ale podawanie Lorettcie dokładnego rysopisu Jima było zbędne - chodził i kropił wszystkich i wszystko wodą, uśmiechając się do biedaków zaskoczonych niespodziewaną mżawką. Czy to alkohol? zastanowiła się Diana, ale widziała chwilę potem rozmowy toczone z pełnymi rodzinami i tą dobrotliwą wesołość, której nie rozumiała i widywała naocznie niezwykle rzadko. Nie był ani trochę śliski, ani podprogowo obleśny, a przecież nawet mężczyźni o buźkach z idealnymi proporcjami, tak jak jego, tacy potrafili być; nie przypatrywał się dzieciom zbyt długo, gdy subtelne, krótkie słowa opuszczały granice miękkiej czerwieni warg. Pamiętała jego rumieńce wypieczone starannie na ciepłym gruncie policzków i słodkie, lukrowane przejawy podatności, kruszące się pod solidniejszym spojrzeniem (jej?).
Mógłby uchodzić za normalnego, wróć, prostego człowieka, o sercu wyścielanym słomą dobroduszności, którego intencje były czyste jak kryształy jej zmarłego ojca.
Ale cholera jasna, istne szaleństwo buchało pożogą z jego oczu. Nie rozumiała jego osoby, konceptu w którym przyszło mu istnieć; równie dobrze mógłby być wytworem jej chorej wyobraźni, żyjący wyłącznie na kanwach tragikomedii życia upadłej ćpunki, która kisiła w głowie swoje dwa ostatnie neurony. Jego enigmę chciała rozwiązać, lecąc ku niemu niczym głupia ćma miotająca się ku świetlistej łunie, tak nęcącej, tak boskiej, smacznej i pysznej. Ale coś ją zawsze powstrzymywało. Teraz zaś, stojąc na wpół gibka, na wpół zbalansowana, obserwowała go z oddali, czując pod sercem cudaczną niepewność. Nie potrafiła Jima opisać, nie kiedy była pijana i porwana przez kakofonię sabatowych doznań i obrazów. Jego spojrzenie było mgliste, przygaszone skroploną na rąbkach tęczówek niepewnością. Strachem. Pasją.
– Myślisz, że to narkotyki czy choroba psychiczna?
Zapytała ekspertkę, sama posiadając wszystkie odznaki i doktoraty z ćpuństwa. Ale rozwodzić jej się dłużej nad Jimem nie przyszło, bowiem wraz z Lorettą wpadły, a raczej miały myśleć, iż tak się stało, na Murtagha Macmillana.
Poczwarne twarze przeszłości.
Och.
Uderzyło w nią coś. Struny jaśniejszych włókien, niewidzialne szramy - milczące szczątki jak wysuszone źródła, którymi płynął nurt bólu. Kratery, doliny wspomnień i mgliste smagnięcia sińców na anemicznej cerze, na kruchym, napiętym płótnie niedożywionej duszy. Odkaszlnęła odruchowo, ale coś nie zniknęło.
Mętność. Dużo mętności. Wstrętne, pełznące pasma, wstrętne, pełznące myśli, wstrętna, pełznąca gama zmieszanych i sprzecznych uczuć. Szpony utartych w niepamięci słów oraz ostre, kłapiące zęby gnieżdżącej się w jej głowie dziury. Każda kolejna chwila, dźwięk, gest, każdy skurcz drobnych mięśni rozorał wiotką membranę, otwierał na nowo blizny; utworzyła krwiste bajora palące doznaniem umysł.
Bezsilność, niczym kajdany, stłamsiła jej krtań i ręce.
Ażurowy, zniszczony klosz świadomości przeciekał, przepuszczał myśli jak najzwyklejszą wodę. I tak jak pod wodą, przytłumione, pradawne słowa wypełniły jej czaszkę. Słowa, cała ich masa; głosy, znane i nieznane przemykały po czerni wspomnień.
Okryta szczelnym milczeniem, stała, niemal w bezruchu; jedynie dłoń, zaciskająca się na ramieniu Loretty, zdradzała drążący afekt, marszcząc gniewnie powierzchnię miękkiej tafli jej rękawa. Coś wewnątrz chciało krzyczeć; krzyczało ciszą, zamkniętą w komórce żeber, osiadłą w głębinach płuc.
Uśmiechnęła się do niego, nagle bledsza, nagle zgaszona.
– Do twarzy ci w wianku.
Świra miała dodać, ale podawanie Lorettcie dokładnego rysopisu Jima było zbędne - chodził i kropił wszystkich i wszystko wodą, uśmiechając się do biedaków zaskoczonych niespodziewaną mżawką. Czy to alkohol? zastanowiła się Diana, ale widziała chwilę potem rozmowy toczone z pełnymi rodzinami i tą dobrotliwą wesołość, której nie rozumiała i widywała naocznie niezwykle rzadko. Nie był ani trochę śliski, ani podprogowo obleśny, a przecież nawet mężczyźni o buźkach z idealnymi proporcjami, tak jak jego, tacy potrafili być; nie przypatrywał się dzieciom zbyt długo, gdy subtelne, krótkie słowa opuszczały granice miękkiej czerwieni warg. Pamiętała jego rumieńce wypieczone starannie na ciepłym gruncie policzków i słodkie, lukrowane przejawy podatności, kruszące się pod solidniejszym spojrzeniem (jej?).
Mógłby uchodzić za normalnego, wróć, prostego człowieka, o sercu wyścielanym słomą dobroduszności, którego intencje były czyste jak kryształy jej zmarłego ojca.
Ale cholera jasna, istne szaleństwo buchało pożogą z jego oczu. Nie rozumiała jego osoby, konceptu w którym przyszło mu istnieć; równie dobrze mógłby być wytworem jej chorej wyobraźni, żyjący wyłącznie na kanwach tragikomedii życia upadłej ćpunki, która kisiła w głowie swoje dwa ostatnie neurony. Jego enigmę chciała rozwiązać, lecąc ku niemu niczym głupia ćma miotająca się ku świetlistej łunie, tak nęcącej, tak boskiej, smacznej i pysznej. Ale coś ją zawsze powstrzymywało. Teraz zaś, stojąc na wpół gibka, na wpół zbalansowana, obserwowała go z oddali, czując pod sercem cudaczną niepewność. Nie potrafiła Jima opisać, nie kiedy była pijana i porwana przez kakofonię sabatowych doznań i obrazów. Jego spojrzenie było mgliste, przygaszone skroploną na rąbkach tęczówek niepewnością. Strachem. Pasją.
– Myślisz, że to narkotyki czy choroba psychiczna?
Zapytała ekspertkę, sama posiadając wszystkie odznaki i doktoraty z ćpuństwa. Ale rozwodzić jej się dłużej nad Jimem nie przyszło, bowiem wraz z Lorettą wpadły, a raczej miały myśleć, iż tak się stało, na Murtagha Macmillana.
Poczwarne twarze przeszłości.
Och.
Uderzyło w nią coś. Struny jaśniejszych włókien, niewidzialne szramy - milczące szczątki jak wysuszone źródła, którymi płynął nurt bólu. Kratery, doliny wspomnień i mgliste smagnięcia sińców na anemicznej cerze, na kruchym, napiętym płótnie niedożywionej duszy. Odkaszlnęła odruchowo, ale coś nie zniknęło.
Mętność. Dużo mętności. Wstrętne, pełznące pasma, wstrętne, pełznące myśli, wstrętna, pełznąca gama zmieszanych i sprzecznych uczuć. Szpony utartych w niepamięci słów oraz ostre, kłapiące zęby gnieżdżącej się w jej głowie dziury. Każda kolejna chwila, dźwięk, gest, każdy skurcz drobnych mięśni rozorał wiotką membranę, otwierał na nowo blizny; utworzyła krwiste bajora palące doznaniem umysł.
Bezsilność, niczym kajdany, stłamsiła jej krtań i ręce.
Ażurowy, zniszczony klosz świadomości przeciekał, przepuszczał myśli jak najzwyklejszą wodę. I tak jak pod wodą, przytłumione, pradawne słowa wypełniły jej czaszkę. Słowa, cała ich masa; głosy, znane i nieznane przemykały po czerni wspomnień.
Okryta szczelnym milczeniem, stała, niemal w bezruchu; jedynie dłoń, zaciskająca się na ramieniu Loretty, zdradzała drążący afekt, marszcząc gniewnie powierzchnię miękkiej tafli jej rękawa. Coś wewnątrz chciało krzyczeć; krzyczało ciszą, zamkniętą w komórce żeber, osiadłą w głębinach płuc.
Uśmiechnęła się do niego, nagle bledsza, nagle zgaszona.
– Do twarzy ci w wianku.
Chwasty trzeba wyrywać.