Byli z Chesterem jednomyślni. Przynajmniej w tej konkretnej chwili, na ten moment. Robert rozumiał, że Stanley mógł być dla nich użytecznym narzędziem. Pozbywanie się takiego narzędzia ze swojego arsenału, byłoby skrajną głupotą. Nie chciał popełnić takiego błędu. Wolał w tym miejscu podjąć ryzyko. Dysponowali wszak środkami, które mogły pomóc im rozwiązać ewentualne problemy - o ile tylko takie problemy faktycznie by się pojawiły. Nie byli w stanie tego przewidzieć.
- Zaangażowanie Michaela może okazać się pomocne, nie powinno nam zaszkodzić. - na coś takiego liczył, kiedy chwilę wcześniej zasugerował, aby Rookwood wykorzystał swoje możliwości. Zaangażował w pewne sprawy swoich bliskich. Podczas gdy Mulciberowie nie posiadali w Ministerstwie Magii większych wpływów, bliscy Chestera od lat pozostawali blisko związani z tym miejscem.
Mogli zdziałać na tym polu dużo więcej.
- Dwa tygodnie brzmią dobrze. Myślę, że nie ma potrzeby popadać w nadmierną paranoje. - zdecydował. Była to dość odważna decyzja, zwłaszcza w przypadku kogoś takiego jak Mulciber. Przecież jeszcze kilka chwil temu chciał się Stanleya pozbyć. Usunąć wiążące się z jego osobą zagrożenie jeszcze zanim się tym zagrożeniem faktycznie okazało. Bo przecież nie byli w stanie przewidzieć, w jaki sposób ułożyłyby się sprawy. Żaden z nich nie posiadał trzeciego oka, daru jasnowidzenia czy czegoś podobnego.
- To byłoby już chyba na tyle? - zawahał się. Czy aby na pewno załatwili podczas tego spotkania wszystkie sprawy, którymi powinni byli się zająć? Nie chciał pominąć czegoś istotnego. Zerknął do notesu w sztywnej oprawie, zapisywał w nim różne, zarówno mniej jak i bardziej istotne informacje. Pomagało mu to wszystko odpowiednio zaplanować. Zapamiętać każdą sprawę. Szybko zapoznał się z kilkoma punktami, które wynotował na ostatniej zapisanej stronie. - Za nieco ponad dwa tygodnie mamy spotkanie w sprawie klubu The Demiguise, 23 kwietnia musimy odwiedzić Księgi i Zwoje w Hogsmeade. - przypomniał, tak na wszelki wypadek, żeby Rookwoodowi to nie umknęło. Projekt był zbyt istotny, nie powinni pozwolić sobie na większe zaniedbanie w tym temacie. Przeznaczyli na to zbyt dużo czasu, sił, środków. Byli zbyt blisko sukcesu, żeby teraz odpuścić.
Po tych słowach zamknął notes, który umieścił w jednej z szuflad swojego biurka. Zamknął ją, podniósł się ze swojego miejsca. Spotkanie dobiegło końca. Mulciberowi nic więcej nie przychodziło na myśl. Wydawać się mogło, że zajęli się wszystkim, czym zająć się powinni. Tym samym mogli się wreszcie pożegnać, wrócić do własnych spraw. Niekoniecznie wiążących się z działalnością na rzecz Czarnego Pana.
Zgarnął obydwie szklanki, odstawił na szafkę. Opróżnił popielniczkę. Nie tracił czasu na wyciąganie ręki w stronę Chestera. Nie rzucił w jego stronę żadnego do widzenia, do zobaczenia. Nie padło z jego ust nawet najzwyklejsze trzymaj się. Ale czy było to czymś nadzwyczajnym? Niekoniecznie. Taki był Robert Mulciber, a Chester - po wielu latach znajomości - najpewniej zdążył już do tego przywyknąć.