07.01.2024, 00:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.01.2024, 03:02 przez Alastor Moody.)
Odpowiadam na ten post.
Alastor?
Sebastian widział go przed sobą, ta sama twarz, te same oczy. Nadgryziony był co prawda zębem czasu, ale to wciąż był on, a przynajmniej można było w to wierzyć, jeżeli bardzo się chciało - bo chociaż ciało się zgadzało, to duch nie był ten sam. Nic nie było w tej pustej skorupie z silnego charakteru, uważnego spojrzenia - to był Alastor, a jednocześnie to nie był Alastor. Brakowało zbyt wielu elementów, które czyniły go nim samym.
Brakowało uśmiechu. Tego pięknego, szczerego uśmiechu, który w normalnych warunkach rozbłysłby na widok znajomej twarzy. Jego mimika wyrażała jedno, wielkie nic - równie dobrze można by napisać, że żadna mimika tutaj nie istniała. Żaden mięsień się nie napiął, powieka mu nawet nie drgnęła. Ba! On nie mrugał - oczy miał już od tego suche. Zachowywał się pewnie trochę jak ktoś opętany, ale ta ręka zaciskająca się coraz mocniej na kapłańskiej szacie i fakt, że niby bez udziału jakiejkolwiek werbalnej komunikacji, ale jednak dał poprowadzić się do innego miejsca - to jedynie wskazywało, że ktokolwiek tam jeszcze w środku był. I zaraz zaboli go to, jak wiele osób było świadkami tego wstydu - zagubionego Aurora, chociaż to właśnie on był ostatnim, który powinien się zagubić. Usiadł we wskazanym miejscu, nie puszczając ubrania Macmillana choćby na sekundę, a każde słowo, pytanie opuszczające jego usta zdawało się być paliwem dorzucanym do buchającego z Moody'ego ognia - trzymał coraz mocniej, coraz pewniej, aż palce dłoni mu zadrżały, a wysilając mięśnie mimowolnie zrobił mu krzywdę - ścisnął za mocno nie tylko materiał, ale i kawałek jego skóry i dopiero wtedy, kiedy wywołało to jakąkolwiek zewnętrzną reakcję Sebastiana, ten puścił go nagle i nieco oprzytomniał.
Zrozumienie co się właśnie pomiędzy nimi wydarzyło, nie było łatwe. Rozejrzał się, ale tak szybko, jakby wcale nie potrzebował osadzenia ich dwójki w żadnej przestrzeni, bo wszystko wyczytał w oczach próbującego pomóc mu kapłana - zdziwienie i troska, splamione uczuciem bólu. Wraz z pustką, jaką miał w głowie, ilekroć próbował przypomnieć sobie, jak się właściwie tutaj znalazł, nie musiał snuć szczególnie głębokich domysłów. Znowu czołgał się w dół, wszyscy mieli go za człowieka z wyżyn moralnych, on burzył te wysokie, pokładane w nim nadzieje i spoglądał na to, jak spadały i rozpadały się na kawałki. Był gorszy niż Ida zamknięta w czterech ścianach Lecznicy - bo ona była wariatką, niezaprzeczalnie, niepodważalnie zwariowała i odcięli ją od świata, a on był...
Problemem.
I ze wszystkich osób, jakie go mogły spotkać w takim stanie, spotkał go ktoś taki jak Sebastian - ktoś, kogo ciepły dotyk przywoływał w nim wspomnienia, od których nie było ucieczki. Gdyby nie to, że Alastor bardziej wierzył w przypadki niż wstawiennictwo bogów, przyznałby teraz otwarcie, że to musiało być jakieś błogosławieństwo tej jego Matki.
- Przepraszam - wydusił z siebie najpierw, a później dotarło do niego, że nadal trzyma go za ubranie. - Przepraszam, Sebastian - powtórzył, z trudem rozprostowując te nieszczęsne obolałe już teraz palce. Pierwszym, co go po tym nawiedziło, było takie okropne zdanie „błagam, nie mów o tym nikomu”, ale szybko je od siebie odgonił, bo ze wszystkich ludzi na Lithcie los przywiał mu akurat kogoś, w czyich ramionach czuł się kiedyś dobrze i ku jego zdziwieniu nie narastała w nim oczekiwana panika, zamiast tego rozpalała go coraz silniejsza gorączka, ale poza nią czuł... spokój.
Odetchnął głęboko, pocierając spocone czoło, przy okazji zgarniając z powieki pojedynczą łzę, która śmiała wyciec z oka kogoś, kto przecież nie płakał nigdy, bo płacz był domeną kobiet, a nie mężczyzn. Na dobitkę własnej psychiki uniósł twarz w górę, i przestał mrugać, chcąc wysuszyć podkrążone, zaczerwienione oczy, jakby miało mu to w jakikolwiek sposób pomóc.
- Nie wiem już co robić. - Sam się zdziwił, ale kiedy to mówił, głos mu zadrżał, jak takiemu beznadziejnemu przypadkowi, który wymuszał słowa pomiędzy łkaniem i dławił się nimi, chociaż faktycznie udało mu się przezwyciężyć ten płacz. Jeżeli cokolwiek wydarzy się do końca Lithy, to będzie jego wina.
fear is the mind-killer.