Nieszczególnie interesowało go w tym momencie czego Chester chciał, a czego... cóż, wbrew przeciwnie. Rookwood naszedł go we własnym domu. Groził różdżką. Wymagał udzielenia odpowiedzi na pytania dotyczące kwestii, które powinny być mu znane z racji na pełnioną funkcję. Swoim zachowaniem starał się podkreślać swoją wyższość. To ostatnie szczególnie Roberta drażniło. Zabijało w nim resztki... resztki czegoś na kształt szacunku, które względem mężczyzny posiadał.
- Skoro jesteś we wszystkim doskonale zorientowany, nie widzę potrzeby dalszego informowania Ciebie o tym, co miało miejsce w maju. - skoro Chester zamierzał upierać się przy swoim, Robert niczego ułatwiać mu nie zamierzał. Owszem. W pewnych kwestiach nie mógł mu odmówić. Zmuszony był się podporządkować... ale, żeby z tego skorzystać, Rookwood musiałby wiedzieć, o co należało pytać. Na ten moment Mulciber miał podstawy do tego, żeby założyć, iż ten nie we wszystko został wtajemniczony.
Z czego to jednak wynikało? Czym sobie Rookwood na to zapracował?
- Moja żona jest w tym momencie wyłącznie moim problemem. - powtórzył, kolejny raz sprzeciwiając się temu, czego wymagał od niego Chester. W chwili obecnej nikt nie zobowiązał go do pozbycia się Henrietty. Nie zrobił tego sam Mistrz, który miał taką możliwość zaledwie dzień wcześniej. Czarny Pan wiedział wszystko. Robert był przekonany, że nie umknęło mu nic, czym powinien był się zainteresować; czym należało się odpowiednio zająć. - Gwarantuje Ci, że pozbycie się jej nie jest czymś, o czym powinieneś decydować osobiście. - dodał, zakładając że taki dobór słów pozwoli na to, żeby Rookwood zrozumiał przekaz. Właściwie go odczytał? Jeśli doda sobie do tego coś więcej, dopuści się nadinterpretacji, będzie to już jego problemem. Nie samego Mulcibera, który przecież nie skłamał. Nikogo nie starał się oszukać. - Uważaj na słowa, Rookwood, nie byłeś kimś, przed kim w tamtym czasie odpowiadałem. Współpracowałem z Tobą, ale nie byłem Twoim podwładnym. - zwrócił uwagę na ten drobny niuans. Może i Chester był prawą ręką, ale nigdy nie był jego zwierzchnikiem. Mistrzem? Będąc jednym z najbardziej oddanych ludzi Czarnego Pana, Robert odpowiadał zawsze przed nim. To jemu był oddany. To on miał prawo podejmować decyzje dotyczące jego osoby, wydawać mu polecenia. W żaden sposób by ich nie kwestionował.
Tylko czy aby na pewno?
Czy gdyby Tom kazał mu skoczyć w ogień, zrobiłby to?
- Właściwa osoba wie wszystko. Zna każdy szczegół sprawy. Zawsze możesz zgłosić się do Mistrza, poprosić o udzielenie niezbędnych informacji. - dodał jeszcze, wskazując na kierunek, w którym Rookwood powinien się udać. Działać? Być może wiele ryzykował, ale na chwilę obecną... co więcej mógł zrobić?
Najpewniej jedno, wielkie nic.
- Jeśli nie masz kolejnych pytań, nie zamierzasz mi dalej grozić, możesz opuścić mój dom, Rookwood. - zakończył, podnosząc się z miejsca. Z zajmowanego dotąd fotela. Tak jakby chciał odprowadzić gościa do drzwi. Pożegnać? O ile tylko ten żegnać się zamierzał.