20.01.2024, 23:29 ✶
Czary mary, czary mary, twoja stara to twój stary - dokładnie tak powiedziałem do jednego czarnoksiężnika na ulicy Śmiertelnego Nokturnu, po czym spierdzieliłem w kilku susach za pomocą kocich mięśni. I tyle mnie widział. I dobrze, bo z takimi ludźmi nie zamierzałem dyskutować, bo szkoda było tak wspaniałego dnia na czcze dyskusje o mordowaniu mojej osoby.
Gorzej, bo nie wiedziałem, gdzie skierować swój koci zadek, kiedy już go obmyłem nieco na jednym z dachów na Pokątnej. Pewnie bym podreptał do biblioteki żeby nieco przekimać się na książkach, aleee... Ujrzałem jednego z tych futrzaków od Norki, co to gadać potrafiły, ale nie zagadałem z nim, bo ja pod postacią kocią to nie gadałem, ale za to pomyślałem sobie, że w sumie skoro kot jej nie wspiera, to potrzebowała ciepłego kociego zastępstwa w ten upalny dzień! Więcej ciepła! Norka wytrzyma!
Taka to była ta moja przeurocza logika, więc żeby ożywić też nieco siebie i atmosferę, wpadłem tam niczym chochlik kornwalijski i zacząłem skakać po szafkach, po ścianach, po garnkach, robiąc hałasujący chaos totalny, ale bałagan względny, bez przesady. Zrobiłem też kolejkę powrotną i ponownie w drugą stronę, bo uwielbiałem biegać, szczególnie kiedy miałem tory z przeszkodami, ale w końcu jednak się zmęczyłem, więc padłem na kocie plecy, przemieniając się w Leoleoleo. Oddychałem ciężko, ale się śmiałem jak ten najbardziej beztroski kot na świecie, którym właściwie byłem.
- Co... robisz, śliczna? - zapytałem Szefowej. Teraz zapewne próbowała pozbierać myśli na ten mój napad albo trzymała się przestraszona za serce, albo zamierzała właśnie złapać za miotłę...? Jeśli złapie za miotłę, to ja jeszcze znajdę siłę, żeby poskakać przez kijek w kociej postaci, próbując go uniknąć... Albo też pofrunąć swoim zadkiem daleko, co też byłoby piękne. Zawsze spadałem na cztery łapy. Te moje łapska były tak giętkie, że spadanie było samą przyjemność.
- Znajdzie się miska mleka dla biednego kociaka w ten upalny dzień? - odezwałem się błagalnie, żebrząc właściwie, bo mi się tak sucho zrobiło na wargach, a jeszcze jak mleko będzie schłodzone, to będzie wtedy najlepsze mleko w moim życiu. Niezaprzeczalnie.
Gorzej, bo nie wiedziałem, gdzie skierować swój koci zadek, kiedy już go obmyłem nieco na jednym z dachów na Pokątnej. Pewnie bym podreptał do biblioteki żeby nieco przekimać się na książkach, aleee... Ujrzałem jednego z tych futrzaków od Norki, co to gadać potrafiły, ale nie zagadałem z nim, bo ja pod postacią kocią to nie gadałem, ale za to pomyślałem sobie, że w sumie skoro kot jej nie wspiera, to potrzebowała ciepłego kociego zastępstwa w ten upalny dzień! Więcej ciepła! Norka wytrzyma!
Taka to była ta moja przeurocza logika, więc żeby ożywić też nieco siebie i atmosferę, wpadłem tam niczym chochlik kornwalijski i zacząłem skakać po szafkach, po ścianach, po garnkach, robiąc hałasujący chaos totalny, ale bałagan względny, bez przesady. Zrobiłem też kolejkę powrotną i ponownie w drugą stronę, bo uwielbiałem biegać, szczególnie kiedy miałem tory z przeszkodami, ale w końcu jednak się zmęczyłem, więc padłem na kocie plecy, przemieniając się w Leoleoleo. Oddychałem ciężko, ale się śmiałem jak ten najbardziej beztroski kot na świecie, którym właściwie byłem.
- Co... robisz, śliczna? - zapytałem Szefowej. Teraz zapewne próbowała pozbierać myśli na ten mój napad albo trzymała się przestraszona za serce, albo zamierzała właśnie złapać za miotłę...? Jeśli złapie za miotłę, to ja jeszcze znajdę siłę, żeby poskakać przez kijek w kociej postaci, próbując go uniknąć... Albo też pofrunąć swoim zadkiem daleko, co też byłoby piękne. Zawsze spadałem na cztery łapy. Te moje łapska były tak giętkie, że spadanie było samą przyjemność.
- Znajdzie się miska mleka dla biednego kociaka w ten upalny dzień? - odezwałem się błagalnie, żebrząc właściwie, bo mi się tak sucho zrobiło na wargach, a jeszcze jak mleko będzie schłodzone, to będzie wtedy najlepsze mleko w moim życiu. Niezaprzeczalnie.