Mogli dywagować nad tym całymi godzinami. Rozważać różne opcje. Brać pod uwagę kolejne alternatywy. Nadal jednak, poczynione tym sposobem ustalenia byłyby bardziej ich podejrzeniami. Pewności nie mogli niestety zyskać w momencie, kiedy obok nich nie znajdywał się człowiek mogący udzielić informacji. Sprostować pewnych kwestii.
O ile Francis w ogóle byłby skłonny im w tym aspekcie pomóc.
- Nie zamierzam nikogo od tego odcinać. - zadeklarował, chcąc na tym zakończyć ten niewdzięczny temat. Finansów. Nieruchomości. Rodziny. Nie czuł się komfortowo już na samą myśl, że całość miała od teraz spaść na jego barki. Nie tak sobie to wszystko wyobrażał. Plany były przecież zupełnie inne. Całość posypała się nagle niczym domek z kart. Może była równie stabilna, co ta konstrukcja?
Kwestia Nobby'ego Leacha... był zorientowany o tyle o ile. Na pewno lepiej niż Richard, który w tym czasie spokojnie sobie żył w Norwegii. Rzecz jasna na tyle spokojnie, na ile mógł żyć ktoś, kto pełnił funkcje aurora. Wybrał sobie ten zawód. Robert wiedział, że to zajęcie nie należało do najprzyjemniejszych. Wiązało się ze sporym ryzykiem.
Zarazem jednak nie dało się odmówić, że wiązał się z tym pewien prestiż.
- Na razie najpewniej będę zajmował się tym samym, skupie się przede wszystkim na biznesie, a z czasem się zobaczy. - przytaknął, nie chcąc za bardzo się nad tym zastanawiać. Podejmować wiążących decyzji już teraz. Kolejne dni zapewne pozwolą mu poukładać sobie to i owo w głowie. Łatwiej będzie ustalić, co dalej. Wykonać kolejne kroki. Może mimo wszystko postanowi wrócić do Ministerstwa? Albo wręcz przeciwnie, znajdzie inne rozwiązanie? Skupi się na innych kwestiach?
Zbyt duży pośpiech prowadził do błędów. Potknięć. Starszy z bliźniaków nie chciał sobie na to pozwolić.
- Ludzie, których wokół siebie zgromadził, nie pomagają mu stworzyć dobrego wizerunku, a wrogów... tych też ma całkiem silnych. Wpływowych. - nie był ślepy, widział co się działo w kraju. Wiedział, że te wszystkie informacje, nie wypływały czystym przypadkiem. Było tego zbyt dużo, co za tym idzie, wnioski wydawały się całkiem logiczne. Nie trzeba było być filozofem, choć do tego Robertowi nie było szczególnie daleko. Czasami lubił sobie gdzieś odpłynąć. - Reszta to już efekt domina.
Podsumował, bo i co więcej mógł dodać na ten temat? I czy w zasadzie... oni chcieli ten temat kontynuować? Rozmawiać o polityce? Zwłaszcza teraz, kiedy należało zająć się wszystkim tym, co wiązało się ze śmiercią ojca. Formalnych spraw z pewnością nie brakowało. Sam testament był pomocny w ich uporządkowaniu, ale niczego za nich nie mógł tak po prostu załatwić. Nadal trzeba było działać.
- To będzie pomocne. - zareagował na słowa Richarda. Te o wzięciu urlopu. Nie dziękował za chęć wsparcia, to nie było w jego zwyczaju. Z pewnością jednak to doceniał. Bardziej niż potrafił to wyrazić. - Niczego takiego od Ciebie nie oczekuje. Miałem pewne nadzieje, ale, Richard... wiem, jak wygląda sytuacja. Żaden z nas nie jest sam. - zwrócił uwagę na to, że przecież również był ojcem. Samotnym ojcem. Miał co prawda jedynie córkę, ale ile to zmieniało? Wciąż był odpowiedzialny za kogoś jeszcze. Margaret potrzebowała ukończyć szkołę. I szkołą tą miał być Hogwart. Przenoszenie jej do innego kraju, zmuszanie do nauki języka, odnajdywania się w nowym miejscu... to nie miało sensu. Może i daleko było mu do ojca idealnego, ale wbrew temu, co można by na jego temat założyć, nie był też tym najgorszym.
A już na pewno sam siebie za takiego nie uważał.
- Z czasem zobaczymy jak wszystko się potoczy. Kto wie co przyniesie jutro? - zakończył temat? Być może. Po prawdzie to po tych wszystkich rewelacjach był odrobinę zmęczony. Bardziej psychicznie niż fizycznie. Starał się jednak tego nie okazywać.