Jestem taki sam, jak palec albo cośtam.
Zabawa w stodole - wreszcie coś w jego klimacie, a nie tylko te imprezy w wielkiej chacie Longbottomów, pomyślał Alastor, przekraczając próg budynku, w którym miała odbyć się potańcówka. Oczywiście, kiedy tylko znalazł się w środku, zrozumiał kilka rzeczy: to miejsce było taką samą fortecą jak Warownia, Godrykowi musiało się zajebiście nudzić, a poza tym... chuj - żadna to stodoła, to chyba jakaś dacza Brenny i Mavelle, w której odpoczywały po ciężkim dniu wśród roślinności, ale z dala od plebsu.
Nie, nie należał do ludzi, którzy potrafili docenić ten wystrój. Należał za to do osób, które mimo wewnętrznego narzekania miały dosyć dobrze się tutaj bawić, a poza tym potrafił docenić coś innego - wyłożony jedzeniem bufet, to właśnie tam zamierzał spędzić większość swojego czasu, jeżeli nie znajdzie się jakaś wolna panna do tańca. Ewentualnie, jeżeli znajdzie tutaj oprócz jeziora jakieś ognisko (bo tematyką przyjęcia był najwyraźniej bunt żywiołów...), mógł dostać ataku psychozy w kącie sali. Od Lithy jego życie było zbyt normalne i tym razem nie zaciągnął tutaj Idy, więc jak nie piorun uderzający w niego, zanim dotrze do deserków panna cotta, to inna kara boska go czekała - jego siostra bardzo dobrze by się tutaj bawiła, jakieś trzy miesiące temu przynajmniej, a dzisiaj... cóż, dzisiaj Ida Moody wpadała w panikę i próbowała wydrapać oczy każdemu spoza swojej rodziny.
Alastor skinął głową w kierunku Brenny. Przywitał się też skinieniem głowy z innymi gośćmi, ale nieco mniej entuzjastycznie, bo idąc wzdłuż dębowego stołu, zauważył swoje imię. Kanapka. Zatrzymał się, podniósł ją z talerzyka i zaczął ją przeżuwać, patrząc na innych bawiących się. Wszystkie złe rzeczy, jakie pomyślał o tej stodole, poszły w niepamięć. Nagle wydawała się jakaś taka fajniejsza. Nawet miło, że mieli tutaj jezioro i zaklęty sufit, chociaż troszkę szkoda wydawać kasę na coś takiego i mechaniczne świetliki, kiedy gdzieś tam umierają z głodu małe dzieci. Ale to nie były jego pieniądze, a jego dziewczyna pewnie zaraz zasłynie, robiąc eksmisję jakiejś samotnej matce spóźniającej się z czynszem, więc i tak wszystkie znaki na niebie i ziemi kazały mu skleić pizdę.
Zabawa w stodole - wreszcie coś w jego klimacie, a nie tylko te imprezy w wielkiej chacie Longbottomów, pomyślał Alastor, przekraczając próg budynku, w którym miała odbyć się potańcówka. Oczywiście, kiedy tylko znalazł się w środku, zrozumiał kilka rzeczy: to miejsce było taką samą fortecą jak Warownia, Godrykowi musiało się zajebiście nudzić, a poza tym... chuj - żadna to stodoła, to chyba jakaś dacza Brenny i Mavelle, w której odpoczywały po ciężkim dniu wśród roślinności, ale z dala od plebsu.
Nie, nie należał do ludzi, którzy potrafili docenić ten wystrój. Należał za to do osób, które mimo wewnętrznego narzekania miały dosyć dobrze się tutaj bawić, a poza tym potrafił docenić coś innego - wyłożony jedzeniem bufet, to właśnie tam zamierzał spędzić większość swojego czasu, jeżeli nie znajdzie się jakaś wolna panna do tańca. Ewentualnie, jeżeli znajdzie tutaj oprócz jeziora jakieś ognisko (bo tematyką przyjęcia był najwyraźniej bunt żywiołów...), mógł dostać ataku psychozy w kącie sali. Od Lithy jego życie było zbyt normalne i tym razem nie zaciągnął tutaj Idy, więc jak nie piorun uderzający w niego, zanim dotrze do deserków panna cotta, to inna kara boska go czekała - jego siostra bardzo dobrze by się tutaj bawiła, jakieś trzy miesiące temu przynajmniej, a dzisiaj... cóż, dzisiaj Ida Moody wpadała w panikę i próbowała wydrapać oczy każdemu spoza swojej rodziny.
Alastor skinął głową w kierunku Brenny. Przywitał się też skinieniem głowy z innymi gośćmi, ale nieco mniej entuzjastycznie, bo idąc wzdłuż dębowego stołu, zauważył swoje imię. Kanapka. Zatrzymał się, podniósł ją z talerzyka i zaczął ją przeżuwać, patrząc na innych bawiących się. Wszystkie złe rzeczy, jakie pomyślał o tej stodole, poszły w niepamięć. Nagle wydawała się jakaś taka fajniejsza. Nawet miło, że mieli tutaj jezioro i zaklęty sufit, chociaż troszkę szkoda wydawać kasę na coś takiego i mechaniczne świetliki, kiedy gdzieś tam umierają z głodu małe dzieci. Ale to nie były jego pieniądze, a jego dziewczyna pewnie zaraz zasłynie, robiąc eksmisję jakiejś samotnej matce spóźniającej się z czynszem, więc i tak wszystkie znaki na niebie i ziemi kazały mu skleić pizdę.
fear is the mind-killer.