Westchnął rozczarowany i przewrócił oczami z jednego boku na drugi w geście znudzenia. - Przekomarzanie się z Tobą jest dla mnie dopaminowo nieopłacalne... - odburczał leniwie, nie patrząc jej nawet w oczęta. Uśmiechnął się zadziornie na krótki moment zaraz po tym, bo oczywiście to była zabawa no i oczywiście było zupełnie na odwrót. A spora publika nigdy nie była problemem, wręcz odwrotnie. Kilkunastotysięczny tłum obserwujący jego sportowe zmagania, był gradacją do której zawsze dążył. Raz wiwatujący na jego cześć za dogonienie tej złotej piłeczki, raz buczący za brudne zagrywki. Ten sam tłum który ukochał za podkarmianie jego ego, znienawidził kiedy przestał być dla nich atrakcyjny. Pewnie dlatego nie odmówił Rosie swojego czasu, gdzieś głęboko w sobie tęskniąc za atencją. Samą propozycją połechtała jego próżność. W dłuższej perspektywie zadrwiłby sam z siebie, widząc siebie w aktualnej sytuacji. Kiedyś przed fanowską hałastrą, teraz przed mieszańcem z talią kart.
- Przejdźmy do konkretów. - cmoknął marszcząc brwi. Uciął w ten sposób dalsze przepychanki słowne, bo rzeczywiście był coraz bardziej ciekawy, co tam ciekawego ma dla niego do zaoferowania. Nie chciało mu się teraz tłumaczyć tych zawiłości. Kiedy przychodzisz do niego, najpierw o nim, ale nigdy nie zapominaj o nich jak o wspólnym organizmie. No i w zależności od sytuacji, zasady się te przenikały i czasem zmieniały w kolejności, a ostatecznie wszystko zależało od humoru. I jasne, że będzie ją stopować i poprawiać, nawet jeśli nie będzie to konieczne, wyłącznie po to, by odbierać jej pewności siebie. I tak była zbyt bystra jak na swoje pochodzenie.
Chwilę potem już pożałował, że dał się tak podejść. Pozwolił się wprowadzić na pole manewrowe na którym nie miał do zastosowania zbyt wielu taktyk. No bo co on tam wiedział o wróżbiarstwie, poza tym że to działka dla tych, którzy nie byli zbyt zdolni, ani w zaklęciach, ani rzemiośle, ani cholera nawet sprawni fizycznie. Zdawał sobie sprawę, że dla wielu jego wizerunek i postać "piłkarzyka" była tematem do morza drwin oraz żartów, jednak nikt nie mógł odmówić mu zasług. A przede wszystkim talentu i ogromnego nakładu pracy który w to włożył. Wróżki i innych wieszczy spychał na ubocze, traktując ten zakres magicznego świata za zbyt plastyczny do zamknięcia w chociaż niewielkie ramy. Chociaż jego żywioł to latanie to w tym zakresie stąpał raczej twardo po ziemi. Dlatego nigdy nie traktował zbyt na serio dorobek zawodowy swojego szwagra Dolohova, a w konsekwencji jego kapitał medialny. Te ich dwa światy były zbyt sobie przeciwne, by jeden mógł uznać drugiego za godnego uwagi.
Broń Matko nie przerywał w żadnym wypadku, tego długiego monologu Ambrosie. Nawet jeśli z każdym zdaniem coraz mniej mu się podobał, a wcześniejszy nieco swawolny, ale skryty entuzjazm przeradzał się w narastającą irytację. Na własne życzenie oddał na jej dłonie instrument do komentowania i oceniania jego bliźniaczki. Choć miał ochotę splunąć prosto w środek stolika, to jedyne co zrobił, to zapiął o guzik wyżej swoją koszulę, by ukryć drgający od złości ten jeden nerw trochę wyżej nad obojczykiem. No cóż mógł innego rzecz? Dał się podejść. W ten sposób sprowadził się do sytuacji, gdzie brudna szlama bez pardony wytykała nawet te teoretyczne i niedopowiedziane błędy i grzeszki Loretty. Starał się jak mógł nie dać po sobie tego poznać. Wręcz pomrukiwał coś na koniec jej zdań, grając zainteresowanego. Pomimo tego, że niewiele z tego docierało to jego pamięci trwałej. Bo mogła mu powiedzieć, że sześćdziesiąt dziewięć odwróconych denarów sugeruje jego uległość wobec mężczyzn i mugoli, a on dalej nie wiedziałby czy to prawda, kłamstwo czy żart. Tak bardzo nie wiedział czym jest tarot.
A najgorsze w tym wszystkim było, że ścierwo miało rację i zbyt blisko uderzała tej niewygodnej prawdy. Tej której nigdy nie chciał słyszeć i wypierał ze wszystkich sił. Cały ten czas słuchania jej, myślał wyłącznie w jak dosadni sposób powinien zareagować, by zrozumiała, że wyskoczyła daleko poza granicę dobrego smaku słownych zaczepek. Najwidoczniej nieobyta z salonowymi zwyczajami, postanowiła zagrać sobie z jego cierpliwością. Mówiła tak długo, aż wszyscy goście zdążyli opuścić pomieszczenie zostawiając ich samych
Z cierpliwością doczekał do końca całej wypowiedzi, zanim odsunął się od stolika. - Oh, to sporo, pozwól mi pomyśleć... - odparł wypuszczając ciężko powietrze przez usta, niby przejęty wiadomościami które właśnie do niego dotarły. Wstał, zapinając guzik marynarki w dobrym zwyczaju i zrobił mini spacer wokół stolika, przeczesując włosy niby spięty. W końcu stanął pół kroku przed rozmówczynią, przerzucając zainteresowany wzrok to z niej, to z kart.
- Jednak nauczyłaś mnie czegoś Rosie... - zaczął trochę mrukliwie, a trochę zmartwiony. Chwycił za kartę dziewięciu mieczy która jako ostatnia została mu przedstawiona i uśmiechnął się kiedy pewien pomysł w końcu natchnął go do dalszej rozprawy nad ich sytuacją. - jesteś sprytna i nie mogę Cię nie doceniać. - skończył, nie ściągając wzroku z karty, a to co powiedział zabrzmiało szczerze, bo nawet nie musiał kłamać. Pozwolił na ten drobny komplement, by chociaż trochę uśpić jej czujność, albo przynajmniej zbić z tropu. - Pozwól, że i ja czegoś Cię nauczę. - ciągnął dalej, uśmiechając się zadziornie kącikiem ust. Opuszkiem kciuka lewej dłoni, przycisnął mocno krawędź karty, tak by ta przecięła jego skórę uwalniając kilka kropel czarnej jak smoła krwi spod bladego naskórka. Zerwał się i poruszył gwałtownie ściskając Rosie za garść jej włosów u nasady jej czaszki by zmusić ją agresywnie do przywarcia karkiem do oparcia krzesła na którym siedziała. - Przy mnie, o mojej siostrze, mówisz tylko dobrze, albo wcale... - wysyczał gniewnie przez zaciśnięte zęby. Pozwolił jej tylko spojrzeć na swoje rozgniewane oblicze, by dobrze zapamiętał ten moment brutalności z jego strony. Zaraz potem przycisnął swój zakrwawiony kciuk do dolnej wargi trzpiotki, by zostawić czarne znamię na jej różowych ustach. Przecież samo sprawienie jej bólu, nie byłoby wystarczające dla powagi sytuacji. No i ostatecznie był gentelmenem, nie był kobiet... po twarzy. Bo brzydko się na nie później patrzyło. Poruszyła u podstaw bardzo ważnym filarem w jego życiu, dlatego groźba musiała być stanowcza. Udowodniła już, że nie jest głupia, więc powinna wiedzieć o trujących właściwościach krwi Blacków. Od razu potem, chwycił jej wiodącą rękę, w żelaznym uścisk,u gdyby do głowy przyszło jej chwytać za różdżkę i się bronić. - Nie igraj ze mną McKinnon. Mów co wiesz, tylko już oszczędzaj słów. Nie masz za wiele czasu. - raz jeszcze wydobył z siebie warknięcie ze swoich zepsutych trzewi. I odpuścił wyłącznie kiedy dostał satysfakcjonującą dla niego odpowiedź. Tak jak w jednej chwili wszedł na łajdackie tony w barbarzyński sposób wykorzystując korzystniejsze dla niego warunki fizyczne, tak samo w jeden moment wrócił do o wiele łagodniejszego tonu. Chwycił tym razem za jej podbródek zbliżając jej twarz do swojej, by tak samo jak wcześniej bez pytania, pocałunkiem zebrać nadmiar czarnej krwi z jej ust. Nie chciał zagrażać jej życiu, co najwyżej udzielić lekcji pokory. Ta naprawdę niewielka ilość trucizny mogła już co najwyżej, za godzinę, czy dwie spowodować nudności u blond dziewczyny. No, a jemu jako właścicielowi czarnej mazi, nie mogła zaszkodzić.