Podczas gdy Rodolphus - rzecz jasna zgodnie z planem - zajął się Marie Abbott, Robert przyjął od kelnerki rachunek i uregulował należność za kolacje. Wbrew temu, czego Lestrange się obawiał, nie musiał za nic płacić. Mulciber nie zniżał się do tego rodzaju zagrywek. Nie tylko pokrył całość, ale też zostawił kobiecie całkiem wysoki rachunek. Zawsze starał się dbać o pozory i tym razem nie mogło być inaczej.
Kiedy to już zostało załatwione, skierował uwagę na Rodolphusa i Marie. Uśmiechnął się, ale nie był to uśmiech sięgający oczu. Dla kogoś bystrego, kto Roberta znał choćby odrobinę, musiał być on nie do końca szczerym. Być może wiązał się z pewnym wyrachowaniem?
- Wypadki czasem się zdarzają. Mam nadzieje, że nie popsuje to wam wieczoru. - skomentował zdarzenie, samemu szykując się do wyjścia. Podnosząc z ziemi aktówkę. Z wolna kierując się do miejsca, w którym to czekał na niego ulubiony, jasnoszary płaszcz. - Do następnego razu, Rodolphusie.
Po tych słowach tak po prostu odwrócił się, pozostawiając Lestrange samego.
W zasadzie, to samego nie tak do końca, bo w towarzystwie kobiety, którą miał się zająć. Na której to powinien się w tej sytuacji skupić. Robertowi pozostawiało mieć nadzieje, że temu podoła. Uda mu się na tym polu odnieść sukces.
Ot, po prostu ich nie zawiedzie.