Zawsze znajdzie się większa ryba. Nie przypuszczał jednak, że znajdzie Briela akurat w tym konkretnym morzu. Morzu Czarnego Pana, które miało niebawem zalać Londyn, a potem cały kraj. Kiedy po raz pierwszy miał okazję usłyszeć jego muzykę przy okoliczności otwarcia galerii Loretty, do głowy by mu nie przyszło, że kiedyś dojdzie do takiego spotkania jak dziś. Fakt, jego "melanż kolorów osobowości" podprogowo mógł podpowiadać, że Degenhardt to dobry materiał nie tylko na muzyka, ale pojeba również. Z drugiej strony, wokół społeczności galerii nigdy nie brakowało bohemy, a wśród niej degeneratów i odszczepieńców. Niewielu jednak było zdolnych do wstrząśnięcia duszami swoich odbiorców własną sztuką, a mając za bliźniaczkę popularną malarkę, Lou potrafił na tym etapie oddzielić prawdziwe ziarno od plew. Niełatwo było chwycić i wyrwać serce zblazowanych bogoli w tym metaforycznym sensie.
Kapitał kulturowy. Gdyby miał wskazać co najbardziej wybija Umbriela na tle pozostałych z jego profesji, to właśnie to. I nie chodziło stricte o muzykę, choć była narzędziem którym nie posługiwał się nikt poza nim w szeregach psów gończych Lorda Voldemorta.
- Dobre nawyki.- spuentował nienachalnie. Choć poczuł ukłucie zaskoczenia w żołądku informacją o zabójstwie współtowarzysza zleconej misji, odpowiedział mu sarkastycznym humorem. Amoralne i brutalne, jednak zapobiegawcze i skuteczne. - Martwy niczego więcej nie spieprzy. - przytaknął z uznaniem. Sam Lestrange nie czuł nawet drobnych sentymentów wobec swoich zleceniobiorców, nawet ucieszył się, że w komorze losującej zwyrodnialców spod mrocznego znaku zwolniło się trochę miejsca. Byli potrzebni, ale tylko do czasu wykonania swojego zadania, bo potem oprócz tego, że psuli powietrze, to wiedzieli już za dużo. Nikt kto zabija za pieniądze, nie był godny uznania, a wśród suburbia Nokturnu nie wierzył nawet, że ktokolwiek mógł szczerze wierzyć i być oddanym ideologi nowego porządku. Tam gdzie silni wobec słabych, słabi wobec silnych, nie było miejsca na głęboko zakorzeniony kompas moralny.
Czasem jednak zdarzały się wyjątki takie jak pan fortepianista. Jemu akurat wrażliwości i skłonności do wyższych wartości nie mógł odmówić, co radykalnie zwiększało jego wiarygodność. Potem jednak, po kolejnych jego słowach zmarszczył brwi, zaciągając rękawiczki wyżej na dłoniach. Nie podobało mu się, że dał się zdekonspirować. Jednak teraz już nic na to nie poradzą, dobrze, że usłyszał to wcześniej, niż mógł to przeczytać. Gdyby dowiedział się o tym dopiero po ich spotkaniu, oznaczałoby to wyłącznie kłopoty.
- Zamierzasz się ukrywać, czy wyjeżdżasz? - wyrzucił, zaniepokojony nieoczekiwanym rozwojem spraw. Dla niego to też był kłopot, ostatecznie przecież, nie ufał mu bezgranicznie. Był dobry, może nawet cholernie dobry, ale nie doskonały. Zawsze mógł go wydać, by ocalić usta przed dementorem.
Zaśmiał się na wzmiankę o wymianie. Poprzedni, ten tłuk, był wart mniej, niż złamany knut. Na cóż go wymieniać? Liczyli się wyłącznie ci z wewnętrznego kręgu, cała reszta czy tego chciała, czy nie, miała swoją datę ważności. To wojna, a oni potrzebowali maszynki do mięsa. - Naturalnie. Znajdź, dobij i wrzuć dominację na transparent. Brzmiało to bardziej jak porada, niż kolejne zlecenie, bo w głowie Louvaina powoli zaczęła kiełkować się nowa idea. Odebrał płócienną torbę, zaglądając powściągliwie do środka. Zacmokał cicho pod nosem w geście udawanego zadowolenia, a torbę schował pod peleryną. On zaś odwzajemnił się podobnym gestem. - Miało być na trzech, ale skoro wyszło jak wyszło... - rzucił, uśmiechając się zadziornie, wyciągając przed sobą brzęczącą od galeonów saszetkę. Z niewielkiej robótki, Briel, przez sprytne cięcie kosztów zarobił właśnie całkiem sporo pieniędzy.