Doskonale zdawał sobie sprawę, że w tamtym konkretnym momencie, podczas spotkania z Rookwoodem, zmieniło się wiele. Na tyle dużo, żeby wiekowy auror przestał być dla niego tym samym człowiekiem co dawniej. Nigdy nie byli przyjaciółmi. Teraz zaś, mieli przestać być wspólnikami. Znaleźli się po przeciwnych stronach barykady. Choć w szeregach organizacji, na ten moment to Rookwood był górą, Mulciber nie zamierzał tak po prostu się wycofać. Zrezygnować. Przeczuwał jakby, że zbliżał się czas zmian. Pytanie tylko, w jaki sposób to wszystko się ostatecznie rozwiąże?
Na otrzymane ostrzeżenie zareagował jedynie skinięciem głową. Nie było potrzeby dodawać niczego więcej. Zapewniać Richarda o tym, że był świadomy; że wiedział.
Ilość problemów, które nagromadziły się w ostatnim czasie, była spora. Kiedy udawał się w pościg za Henriettą, nie spodziewał się tego, że będzie to stanowiło zaledwie początek. Owszem. Robert zdawał sobie sprawę, że po czymś takim przyjdzie mu się zmierzyć z konsekwencjami. Nie przewidział natomiast tego, co w tym czasie zrobi Chester. Sprawy Juliusa Mulcibera. Zaniedbań, do których dojdzie w szeregach organizacji.
Nie był pierdoloną wróżką.
- Zdaje sobie z tego sprawę, ale... jakby nie podjąłem w tym przypadku jeszcze żadnych decyzji. - odpowiedział, na moment przymykając oczy. Ta konkretna sprawa doprowadzi go w końcu do bólu głowy. Tego można było być więcej niż pewnym. Nie było łatwo o dobre rozwiązanie. Sensowne. Nie dało rady uporać się z tym szybko, sprawnie, skutecznie. Całość była trochę za bardzo skomplikowana.
I pomyśleć, że zdaniem tego idioty, najbardziej odpowiednim posunięciem miało być morderstwo.
- Postaram się zamknąć to do końca miesiąca. Jakoś to poukładam. - zadeklarował się. Bo Richard miał pełne prawo go w tym przypadku poganiać. Upominać. Brał w tym udział i gdyby jakimś cudem wszystko wymknęło się spod kontroli... na dno mogli zostać pociągnięci obydwaj.
W przypadku relacji łączącej dawniej Roberta i Annę, określenie chodzić ze sobą, niekoniecznie było tym odpowiednim. Nie było tam żadnego uczucia. Prawdziwej bliskości. Obydwoje natomiast na tej znajomości korzystali. Odpowiadał im układ, w którym się znaleźli. Przynajmniej do momentu, kiedy pewne granice zostały przekroczone.
Kiedy wszystko nagle się posypało.
Nie czas to jednak, ani tym bardziej miejsce, żeby skupiać się na tej konkretnej historii. Richard miał pytania, a Robert - posiadał odpowiedzi. Części z nich zamierzał bratu udzielić. Albo może nawet wszystkich? Ostatnio coraz rzadziej odmawiał. Coraz bardziej go we wszystko wprowadzał. Wtajemniczał.
- Jest Śmierciożercą. Zdarzyło nam się ze sobą współpracować. Z tego względu początkowo chciałem być względem niego... ostrożny. Gdyby ta relacja nie ułożyła się po myśli, Stanley mógłby stanowić dla mnie problem. - zaczął, zastanawiając się co dalej. Ile jeszcze powinien powiedzieć? - Czy mówił Tobie coś konkretnego, odnośnie tego niebezpieczeństwa? Rozumiem, że z pewnych względów musiał kluczyć, ale wierzę też, że potrafisz wyciągać wnioski. - Richard wiedział na tyle dużo, że pewne elementy układanki mógł do siebie dopasować. Ze sobą połączyć. Czy był w stanie to zrobić w tym przypadku? Cokolwiek ze Stanleya wyciągnąć? Sam Robert również obawiał się o swoje bezpieczeństwo. Wiedział, że okoliczności mu nie sprzyjały.
Tylko co miał z tym fantem zrobić? Co zrobić mógł?