A czym w zasadzie miał być poruszony? A niech się żrą, bo na warstwie prusaków naprawdę nie zależało mu na tym, kto wyjdzie z tego cało, a w kto w częściach. Kiedy ten mówił o tym tak obojętnie, wzbudzał jego ciekawość i uznanie. Przecież w gruncie rzeczy takich cech oraz postaw od niego oczekiwał. Emancypacja psychozy, pod maską skrajnej obojętności i wyciszenia emocji. To jest to przed czym ulice padną na kolana.
- Kamień z serca. - unosząc jedną brew, ironicznym gestem chwycił się za lewą pierś. Nie zdziwiłby się, aż tak bardzo gdyby faktycznie zamierzał rozpłynąć się w powietrzu. Gdyby to był ktoś inny, jakaś podrzędna szumowina, pewnie wyperswadowałby jak niedorzeczny jest to pomysł, że jego okres ważności, znaczy misja dla Czarnego Pana jeszcze się nie skończyła. Potem wykręcić z takiego ile się da, mamiąc go kolejnymi obietnicami lepszych pieniędzy, większych przywilejów i wszystkiego czego pragnął usłyszeć, byle naraził życie oraz wolność dla kilku brudnych spraw. Na szczęście Briell miał w sobie na tyle chłodu, by nie dać strachu pozbawić się racjonalności i wystarczająco determinacji, by ciągnąć te karawanę terroru dalej. Potrzebował go tu na miejscu, nie uciekającego po szczurzych norach.
- Lepiej żeby nażarły się truchłem naszych wrogów, niż Twoim. Wszyscy na tym bardzo skorzystamy. - odparł na te jego ponure oświadczyny. Nie bał się śmierci, to jasne. Wewnętrznie Louvain zacierał już ręce, na samą myśl o tym jakie korzyści mogło to dla sprawy przynieść. Jeśli to nie tylko czcze gadanie oczywiście, chociaż powątpiewał żeby Degenhardt był skłonny do podkoloryzowania swoich słów, by mu się przypodobać. A kiedy wspomniał o tym, że ma jeszcze dużo do zrobienia przytaknął mu milcząco, bo on również był takiego zdania.
- To pchła, która może nabrudzić. Jeśli go spotkasz, nie wahaj się... Tchórzy nie traktujemy o wiele lepiej, niż zdrajców. - nakreślił stan rzeczy. Szkoda marnować czas i środki na poszukiwania niedobitka, ale nie warto o nim zapominać, bo nawet takie drobiazgi potrafią czasem odbić się czkawką. - Nie. - odpowiedział na jego pytanie momentalnie, niejako kopiując jego zimną postawę. Wyprostował się i przyjrzał się na moment nieco dokładniej postawie Ubriella, jakby skanował jego postać. - Żaden jeszcze nie przeżył tyle co Ty... - dorzucił z szyderczo-zadziornym uśmiechem, przerywając te udawaną postawę. Lestrange przed nim nie miał żadnej konkretnej roli do odgrywania, dlatego mógł bawić się formą. Nie musiał przed nim niczego udawać, a stosunki pracy w ich układzie przemawiały na jego korzyść jeśli chodziło o otwartość w stylistyce. Po prostu zadowolony był, że na tym etapie wiele sugerowało, że trafił na szmalcownika idealnego. To była dobra inwestycja dopuszczając fortepianistę do bliższej współpracy te kilka lat temu. Nie było co ukrywać, że to Loretta najmocniej naciskała na wybór właśnie jego, gdyż na tamten moment muzyk w dodatku bez warunków fizycznych draba, zwyczajnie nie wpisywał mu się utarty schemat cyngla jaki miał w w swojej głowie.
- Ale wracając do wielkiej sprawy... - zaczął marszcząc czoło, a wzrok wbił gdzieś poza chatę w której się spotkali przez kilka wybitych desek gdzieś w rogu ściany. - Myślę, że to odpowiedni moment na poszerzenie naszej współpracy. Jestem w stanie włączyć Cię w struktury organizacji, oczywiście jeśli się zgodzisz. Krzyżując ręce za plecami, wypiął nieco klatkę do przodu, bo zaczynanie rozmowy na tematy Przymierza, od niedawna powodowały u niego przypływ dumy i momenty wzniosłości. Przetasowanie okazało się być dla niego bardzo owocne, więc nie było się co dziwić, że dzięki spełnionym ambicją rósł w oczach. W końcu miał okazję na wykorzystanie w praktyce obowiązków lewej ręki, składając ofertę pierwszej poważniejszej rekrutacji. - Musiałbyś tylko zrobić coś jeszcze, bo choć w moich oczach jesteś na to gotów, to ktoś ponad nami musi to potwierdzić. Błysk w jego oku bardzo dobrze oddawał to co właśnie mu zasugerował. Może mówił nieco enigmatycznie, jakby grali w kalambury, to wciąż ten typ przed nim był jebanym psycholem i nigdy nie zakładał z góry jego czystych intencji. To co mu proponował wykraczało poza umowne granice na jakiś zwykli podejmować współpracę, chodziło o coś znacznie poważniejszego, niż ich partykularne interesy.