Serce miał, coś przecież pompowało krew w jego żyłach, nie implant, ani żaden magiczny wihajster. Skłamałby jeśli stwierdziłby, że jest bardziej moralny, niż Briell, czy Loretta. Jednak jego dusza nie skąpana była popiołem spaczenia w równym stopniu co pozostałej dwójki. Dobrze to zrozumiał kiedy podążał krokami Czarnego Pana w podróży do Limbo. Swąd spaczenia jaki niósł za sobą mistrz był niemożliwy do przeoczenia. Nawet kiedy próbował zatuszować ich ślady przed tymi którzy deptali im po piętach, musiał spotkać się z porażką. Tam, w pierwszym kręgu, wszystko co mroczne i czarne na ich sercach wypływało na wierzch, widział to nawet po swoich towarzyszach. Ich obecność oddziaływała intensywniej na otaczającą ich rzeczywistość, nawet jeśli potem okazywała się być iluzją chroniącą mroczną ekspedycję przed ingerencją w Limbo.
Wciąż zdolny do brutalności, wręcz dehumanizowania wrogów, uważał by nie zbliżyć się za bardzo do cienkiej granicy, zza której nie będzie już dla niego odwrotu. Choć pogrążanie się w zakazanej, czarnej magii mogło pozwolić stawać się coraz potężniejszym, to nie bez żadnej ceny. Tej ceny Louvain nie chciał płacić, w półkroku między jedną stroną barykady, a drugą. Wierzył, że tylko tak pozostanie przy zdrowym rozsądku, zdolny do chłodnej i wyrafinowanej kalkulacji. Musiał łączyć oba te światy, by nie stracić pełnego obrazu rzeczywistości. Ślepy fanatyzm, mógł być bardzo efektywny, a nawet efektowny, jednak krótkowzroczny. Taka ścieżka prowadziła wyłącznie w dwa miejsca.
- Pysznie. - odrzucił półgębkiem, niby sarkastycznie, unosząc jedną brew z wykrzywionym uśmiechem. Cóż za grobowy humor się im udzielił, oby tylko grabarze nadążyli z kopaniem grobów. Cmentarz jak i właściwie całe Little Hangleton miało dość gęste i zepsute powietrze, by dorzucam mu jeszcze odór rozkładających się ciał.
- Jeśli kiedyś zwrócisz jego uwagę na tyle, sam wezwie cię na audiencję. Być może była to pusta obietnica, by nie zabijać jego determinacji, ale musiał sprowadzić go nieco na ziemię. Na tym etapie, nie miał co liczyć na zainteresowanie Czarnego Pana, dobrze wiedział że ten ma dziewięćdziesiąt dziewięć innych problemów na głowie, a Degenhardt nie był żadnym z nich. - Do moich zadań należy zarządzanie zasobami ludzkimi, dlatego dalej będziesz odpowiadał przede mną. - sprostował najprościej jak mógł, bez wdawania się w konkretne szczegóły. No bo właśnie do tego teraz był, poruszania strukturami tak, by ta machina rewolucji produkowała tylko najlepszej jakości produkt. Postawił kołnierz letniego płaszcza wyżej, marszcząc brwi. Nie czuł chłodu, nawet jeśli wiatr zawiewał pomiędzy szczelinami chaty w której się znajdowali.
- Mogę ci zaoferować, mój druhu, monopol na przemoc. - spojrzał w końcu na szweda, a w jego wzroku znowu zabłyszczało coś na kształt satysfakcji. - Potrafisz poruszyć wnętrze człowieka, dobrze to wiemy, wykorzystaj to i zjednocz pod swoją batutą wszystkie zdeprawowane dusze. - przeszedł w końcu do sedna, a kąciki ust uśmiechnęły mu się chyżo. - Po co mają zdychać bezsensownie w rynsztokach, skoro mogą przysłużyć się Tobie i całej sprawie. Poruszył ramionami niby zmartwiony bezcelową egzystencją tych o których wspominał. Nie zamierzał próżnować, osiadając na laurach, którymi został obdarowany przez Czarnego Pana, bo nie tylko on pokładał w nim nadzieję. Został wybrany przez większość podobnych jemy mrocznych sług. - Chciałbym byś zdobył dla mnie składniki z pewnego egzotycznego zwierzęcia, Buchorożca. Masz znajomości w szarej strefie, więc nie powinieneś mieć problemu z namierzeniem takiego.