08.03.2024, 20:35 ✶
Nie dość, że miałem najlepszą szefową pod słońcem, to jeszcze dostanę od niej kubek dla najlepszego kota, a żeby tym dobrodziejstwom nie było zadość, w dodatku nazwała mnie słoneczkiem. SŁONECZKIEM. Nie księżycem, ale słoneczkiem. Leo kochał słoneczko, ubóstwiał słoneczko. Traktował je nawet niczym swoją drugą pełnoprawną matkę, tuż obok tej prawdziwej mamuśki, z krwi i kości, rzecz jasna. Jej z kolei może daleko było do słońca, ale była bardzie ciepłą i kochającą matulą, więc w sumie... to trochę jednak było jej do słońca. Ale dosłownie słońcem nie była.
- HA! Można powiedzieć, że piekłem ciastka i pierwszy raz nie będzie zakalca, ha! Ale bosko! - zauważyłem, oczywiście będąc niezdrowo podnieconym. Nie przyłożyłem ani grama wysiłku do zrobienia tych ciastek, ale sam fakt, że wyjmę je - no prawie - w czas, napawał mnie dumą.
- I swobodnie możemy też wypić toast za niespalenie ciastek - stwierdziłem, prostując się dumnie by zaraz z pełną precyzją odstawić blachę na miejsce wskazane przez Norkę. Ja to potrafiłem być prawdziwym profesjonalistą. Jeśli chciałem. Jeśli tylko dostatecznie się przyłożyłem. Uśmiechnąłem się do niej dumnie i uniosłem prawą rękę nieco w górę by mi przybiła piąteczkę, bo to była praca zespołowa. Zarówno z zagapieniem się, jak i z wyjmowaniem ciastek. O tak.
- Jeszcze jakiś milion dni i będę maestro wypiekania - zauważyłem. Robota była zrobiona, to trzeba było ewidentnie lecieć dalej. Serce nie sługa, a że kochałem cały świat, to musiałem cały świat wyprzytulkać. Ale chwila! Zaraz! Jeszcze ze trzy babeczki musiały wylądować w mojej gębie... Ciekawe, czy dałoby się na wynos...? Może dla mamy bym wziął jedną. - Nooorciu, a myślisz, że mógłbym z jedną babeczkę wziąć na wynos dla mamy? - zapytałem ją, robiąc błagalne oczka, niewinne błagalne oczka, więc pewnie na dobra sprawę to nie miała nic do gadania ta moja Szefowa. Zbankrutuje, ale zbankrutuje szczęśliwa.
- HA! Można powiedzieć, że piekłem ciastka i pierwszy raz nie będzie zakalca, ha! Ale bosko! - zauważyłem, oczywiście będąc niezdrowo podnieconym. Nie przyłożyłem ani grama wysiłku do zrobienia tych ciastek, ale sam fakt, że wyjmę je - no prawie - w czas, napawał mnie dumą.
- I swobodnie możemy też wypić toast za niespalenie ciastek - stwierdziłem, prostując się dumnie by zaraz z pełną precyzją odstawić blachę na miejsce wskazane przez Norkę. Ja to potrafiłem być prawdziwym profesjonalistą. Jeśli chciałem. Jeśli tylko dostatecznie się przyłożyłem. Uśmiechnąłem się do niej dumnie i uniosłem prawą rękę nieco w górę by mi przybiła piąteczkę, bo to była praca zespołowa. Zarówno z zagapieniem się, jak i z wyjmowaniem ciastek. O tak.
- Jeszcze jakiś milion dni i będę maestro wypiekania - zauważyłem. Robota była zrobiona, to trzeba było ewidentnie lecieć dalej. Serce nie sługa, a że kochałem cały świat, to musiałem cały świat wyprzytulkać. Ale chwila! Zaraz! Jeszcze ze trzy babeczki musiały wylądować w mojej gębie... Ciekawe, czy dałoby się na wynos...? Może dla mamy bym wziął jedną. - Nooorciu, a myślisz, że mógłbym z jedną babeczkę wziąć na wynos dla mamy? - zapytałem ją, robiąc błagalne oczka, niewinne błagalne oczka, więc pewnie na dobra sprawę to nie miała nic do gadania ta moja Szefowa. Zbankrutuje, ale zbankrutuje szczęśliwa.