Samotna, starsza kobieta, której źli ludzie chcieli się stąd pozbyć. Jakie to było smutne! I może nawet Robertowi zrobiłoby się jej w tym momencie szkoda, tak odrobinę żal, gdyby nosił inne nazwisko. Może Longbottom? Albo Pettigrew? Obrzydlistwo. Skoro jednak był Mulciberem, był sobą, to trzeba powiedzieć wprost – pewne rzeczy do niego nie pasowały. Nie były w jego naturze.
- Nic Ciebie nie będzie bolało, Betty tylko sprawdzi. Biodro jak nowe. – nie było mu na rękę, to aby kobieta nie była w stanie mu odpowiednio pomóc z racji na uczucie bólu, na dyskomfort powodowany uszkodzonym biodrem. Mógł jednak sprawić, że chwilowo nie będzie tego czuła; że będzie miała wrażenie, jakoby ta część ciała nie sprawiała jej żadnych problemów. A że później to się na niej zemści, najpewniej negatywnie wpłynie na stan kobiety? Nie było to czymś, czym zamierzał się przejmować. Betty była dla niego jedynie narzędziem. Niczym więcej.
Chwilę zastanawiał się w jaki sposób należało wszystko rozegrać. O ile Irlandczyk się nie mylił, Carrow nie powinien mieć przy sobie o tej porze zbyt wielu ludzi. Można więc było bezpiecznie założyć, że uda ich się zająć na dłuższy moment. Skupić ich uwagę na Betty. Sam miałby wówczas więcej swobody, aby zająć się samym Remualdem.
Mógłby dojść z nim do porozumienia na spokojnie.
Po prostu się dogadać – stawiając go pod ścianą.
- Betty odciągnie uwagę, pójdzie przodem. Pomoże dostać się do Carrowa. – mówił powoli, upewniając się że wszystko do niej dociera; że nie próbuje się w tym przypadku buntować. Wyrwać spod wpływu hipnozy. – Piękny pan zajmie się Carrowem, Betty już nigdy nie będzie miała z nim problemów.
Sukces!