O tym, że znajdzie czas, Nicholas mógł Robertowi przypominać przy każdej okazji, za każdym jednym razem. Nie było szans, żeby wpłynęło to na zachowanie mężczyzny. Nauczonego, że pewne rzeczy powiedzieć zwyczajnie należało. Mulciber właśnie tak został wychowany, nie potrafił tego zarzucić. Nie był w stanie o tych zasadach zapomnieć. Albo po prostu nie próbował tego zrobić?
- Dobrze. - palce uderzyły o kubek. Raz, drugi, trzeci. Odstawił kawę na blat biurka. Zdążył wcześniej upić ze dwa łyki. Niewiele, ale też niewiele napoju pozostało w środku. Nie był on też tak ciepły, jak na początku.
Być może chciał coś jeszcze powiedzieć, dodać. Tyle tylko, że wtedy pojawiła się ulotka. Wyciągnięta przez Traversa, Mulciberowi zaprezentowana. Obejrzał ją z pewnym zainteresowaniem, następnie odłożył na bok. Coś na ten temat wiedział, ale nie było tutaj wielu konkretów. Nie skupiał się jakoś szczególnie na tej kwestii, przy okazji swoich ostatnich spotkań z synem. Nie dopytywał. Dla niego priorytetem w dalszym ciągu była bowiem organizacja, w której działał oraz sprawa Harper Moody.
- Obiło mi się coś o uszy, ale nie wnikałem w szczegóły. - nie widział powodów, aby to ukrywać. Zwłaszcza, że dla niego Nokturn nie był miejscem, w którym chciał działać na większą skalę. W szerszym zakresie? Nieszczególnie interesowało go wspinanie się po tamtejszej drabinie. Wyrabianie sobie marki. Walka o pozycje. Nie uważał, aby był to odpowiedni kierunek. - Na razie nie zamierzam się w to zagłębiać.
Pokiwał powoli głową słysząc, że nie miał jeszcze czasu na to, żeby ten konkretny temat zgłębić. W zasadzie nawet to rozumiał. Problem taki, że jednocześnie chciałby już mieć to wszystko podane na tacy. Zebrane. Uporządkowane. Miał momentami wrażenie, że działali zbyt wolno. Dawali im zbyt dużo czasu na to, aby wszystko im utrudnić. Im czyli Harper oraz Ministerstwu Magii. Musiał się kontrolować, niekiedy samego siebie upominać. Bo przecież pośpiech bywał złym doradcą. I doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
- Może to i lepiej. Zanim cokolwiek zaczniesz działać, powinieneś wiedzieć w co wchodzisz. - zaczął od tych słów. Być może całkiem trafnym? Bo przecież działając na ślepo, bez wiedzy o tym, co konkretnie się wydarzyło w Departamencie Przestrzegania Prawa, Nicholas mógł sobie narobić problemów. Ściągnąć na siebie niepotrzebną uwagę. A to już, pociągnęłoby w ślad za sobą szereg komplikacji. Takich, których to wszyscy woleliby uniknąć. - Mówiłem już, swego czau, o Harper Moody i jej powiązania ze zdrajcą, którego usunęliśmy przed Beltane. - zaczął, cofając się do jednej ze wcześniejszych rozmów. Wcześniejszego spotkania. Czerwcowego. - Stanley brał w tym udział. I dostał dość istotne zadanie. Dostarczenia głowy naszego zdrajcy do rąk własnych Harper Moody. Została wcześniej transmutowana, na miejsce miała być dostarczona jako najzwyklejszy list. I do niedawna wydawało nam się, że rzeczywiście udało się to odpowiednio zrealizować; że nikt nie połączył kropek. Kilka dni temu jednak, Stanley został wezwany do gabinetu Harper Moody i przesłuchany w tej sprawie. Wiemy, że ktoś go w tamtym momencie zauważył. Zdecydował się poinformować szefostwo o tym, że Borgin przyniósł w tym dniu korespondencje. I być może udałoby się z tego jakoś wybrnąć, uniknąć konsekwencji, cokolwiek... - tutaj aż musiał potrzeć dłonią skronie. Nieczęsty widok, nie pozwalał sobie przecież na takie ukazywanie emocji. Swojego stosunku do sprawy, którą omawiał. Z drugiej jednak strony... czy dotąd miał okazje mierzyć się z czymś tak skomplikowanym? - ...gdyby po tym wszystkim nie opuścił Ministerstwa bez słowa. Bez wypowiedzenia. Czegokolwiek. Nie zachował zimnej krwi, a my tym samym straciliśmy jedno z ważniejszych źródeł informacji. Borgin jest na ten moment najpewniej całkowicie spalony.