Betty była punktualna. Zrobiła swoje. Przekonał się o tym, kiedy pod wpływem jej smrodka, wydawało mu się, iż zaraz się porzyga. A do tego jeszcze piekły oczy. W tych okolicznościach było jasnym, że musiał działać przede wszystkim szybko. Zanim dołączy do tych dwóch nieszczęśników, których ta zasłona dymna praktycznie poskładała. Przy pomocy zaklęcia upewnił się, że Ci mu nie przeszkodzą. Miał przewagę. Miał różdżkę w pogotowiu. Skorzystał ze zwykłej drętwoty. Czerwone światło poszybowało z różdżki, powodując utratę przytomności o obydwu celów. Dopiero po tym ruszył w kierunku drzwi. Tych drzwi, za którymi powinien był znajdywać się Carrow. Tutaj również nie czekał. Nie zwlekał. Zaczął działać ledwie tylko te stanęły otworem. Ledwie wszedł do środka. Miał to szczęście, że Remuald uznał, że do środka wszedł jeden z jego ludzi.
Kilka zaklęć, wykorzystane wahadełko, przeprowadzona miła rozmowa. Wyciągnięte informacje. Wreszcie udostępniony świstoklik. Nielegalny, za to sprawdzony. Wykonany przez człowieka, który miał w tym wprawę. Zgarnął ten przedmiot, nie zamierzając tu wracać. Dłużej tu przebywać. Zwłaszcza, że dym dotarł wreszcie i do tego pomieszczenia! Na Merlina, co to było za paskudztwo! Niby sam o to prosił, ale... ograniczmy się w tym miejscu do tego, że gdyby miał zrobić to znów, to ze smrodka by nie skorzystał. Najwyżej by go tutaj zajebali. Chociaż może oszukiwał sam siebie?
Wreszcie wycofał się. Zmodyfikował pośpiesznie wspomnienia Carrowa, usuwając swoją obecność; swój udział w tym zajściu. Tak przygotowany do dalszej podróży, wrócił do Olibanum, gdzie - zależnie od sytuacji - zamierzał czekać na brata, albo ruszyć w dalszą drogę. Tylko czy Richard miał wystarczająco dużo czasu, żeby wykonać otrzymane instrukcje? O tym Robert miał przekonać się już za chwilę. Bo przecież podziemne ścieżki były rzut beretem od tego miejsca.