Te snobistyczne kutafony, które chuja wiedziały o prawdziwym sporcie, właśnie rozjebały całą ligę krajową. I chociaż Louvain spełniał bardzo wiele przesłanek do bycia snobistycznym kutafonem, nigdy samego siebie by tak nie nazwał. Bo snobistyczny kutafon w życiu nie poszedłby na taki układ z BUM, w którym jedna z mundurowych zostaje na imprezie w ramach kompromisu obu stron. Imprezowiczów z brygadzistami mianowicie. Wolałby kazać wszystkim wypieprzać do domu, niż przystawać na warunki wynegocjowane przez menagera Lestranga, któremu o wiele bardziej zależało na polubownym rozwiązaniu sytuacji, niż panu "onicniedbam". Bo co go tam interesowało, że ktoś z kimś dał sobie po mordzie, a ktoś kolejny nakręcił z tego aferę. Niech ich zabierają w cholerę, posiedzą dobę na ławeczce na komendzie i ochłoną. Ale może faktycznie, przyjęcie okolicznościowe zorganizowane u domu Louvaina, przez Louvaina nie powinno się kończyć w tak nieprzyjemnej atmosferze jak nalot glin.
Tak szczerze to nie chciał kończyć teraz baletów, a już na pewno nie chciał zostać sam. Ostatnimi czasy unikał samotności za wszelką cenę, byle tylko nie zostać w pojedynkę z własnymi myślami. Bał się, że zacznie zbyt intensywnie myśleć o tym co powiedział mu kilka tygodni temu lekarz. Że jego stan zdrowia się pogarsza, a dalsza eksploatacja organizmu może skończyć się dla niego katastrofalnie. Nie powiedział o tym nikomu. Nie powiedział trenerowi, prawnikowi, ojcu, siostrze, nikomu. On nie potrafił przyznać tego przed samym sobą, więc po prostu odbił tą informację i żył jakby nic się nie zmieniło. Przecież dopiero co wygrał ze Srokami ligę. I dokładnie w ten sposób o tym mówił, że to on wygrał, bo złapał ten znicz. Nie drużyna, nie trener, ani wierni kibice, tylko on sam. Bo on już taki był, wieczny samograj który nie potrzebował nikogo i niczego do zwycięstwa.
Pewnie dlatego nie było tutaj zbyt wielu zawodników, ba nawet przyjaciół było niewielu. Był cały jego sztab, bo im za to płacił, ale oni nie byli jego przyjaciółmi. Atreus i Borginy, byli już na dwóch innych jego balangach, więc albo byli zmęczeni nim i całym tym oklaskiwaniem Lestranga, albo mieli po prostu swoje sprawy. Z zawodników byli tutaj rezerwowi szukający, bo im się to zwyczajnie opłacało i drugi z pałkarzy Srok, który jeszcze nie zdążył się poznać na "koledze" z drużyny. Ciężko się dziwić, kiedy ten traktował resztę graczy jak tło dla siebie i to nawet nieco zbędne.
Zabawa jednak trwała dalej, a Lou przynajmniej nie był samotny. Bo kiedy dowiedział się kto konkretnie zostanie na miejscu, żeby przypilnować balangowiczów, zniknęły wszelkie wątpliwości. Nagle układ, który niby miał być karą, stał się dodatkową atrakcją, którą zostawił sobie na sam koniec. Bo wiedział, że musiała zostać do samego końca, bo nigdy nie wiesz czy tych ostatnich kilku durni, najbardziej wstawionych i odurzonych nie wpadnie na jeszcze głupszy pomysł.
I właściwie nie zauważył kiedy kółeczko uśmiechniętych i zapatrzonych w niego gości, zmieniło się w dwójkę ledwo stojących na nogach typów. Odbił od nich, bo ewidentnie przestało mu się to podobać, byli jacyś tacy mało prestiżowi i w dodatkowo słabo reagowali na jego żarty. Przybił z kimś piątkę na pożegnanie, uścisk z uroczą barmanką wynajętą na ten wieczór.
I cisza.
Przeraził się, bo jak to sam? Na moment, bo nerwowo rozglądając się dookoła trafił na czyjąś sylwetkę. Najpierw dostrzegł, że zgrabną, dopiero potem, że w mundurze. Ah no tak, prawie by zapomniał. Uśmiechnął się kącikami ust, bo dawno jej nie widział. Wychodząc na taras, zarzucił na plecy biało-czarną szatę z logotypem Srok z Montrose, przecież na zewnątrz wciąż zima.
- Striptiz był kilka godzin temu, może już pani wracać do domu... - rzucił sarkastycznie, zamykając za sobą drzwi na taras. Podszedł bliżej, by przyjrzeć się bliżej. I dopiero kiedy niby dostrzegł twarz funkcjonariuszki, zreflektował się. - Oh to Ty Millie, wybacz. - z zadziornym uśmiechem, położył rękę na swojej piersi. Chciał zapytać o papierosa, ale widząc co Moody trzyma w rękach sam sięgnął do kieszeni spodni i na szczęście znalazł w niej coś co kosztowało przynajmniej parę galeonów. Za sztukę. - No no, powiem Ci, że nawet Ci pasuje... - przerwał, by odpalić i zaciągnąć się szlugiem - Tylko Ty mi do munduru jakoś nie pasujesz. - zaśmiał się bezdźwięcznie. Nie sądził w Hogwarcie, że kiedyś Millie zaciągnie się do trepów. Nie zapamiętał jej jako harcerki, chociaż nie dzielili zbyt wielu wspólnych wartości.